Tak oto wróciłam. Ponownie leżę, czołgam się, natomiast ręce skąpane nie w czerwieni, ale w łzach. Znowu. Ocieram twarz. Następnie idę dalej. Staram się pociągnąć za sobą całe ciało, byle nie stanąć w miejscu. W niekończącej się niepewności. Równie dobrze mogłabym się cofać. Natomiast wyciągam rękę i chwytam luźno wiszącą nitkę - moją nadzieję. Łapałam ją zawsze, pisząc nowy post. Jakby była moją weną. Moim natchnieniem. Na jej końcu stoją ludzie. Ludzie, którzy zachęcają mnie do pisania. Nie jest ich wielu. Czasem dochodzą nowi. Mam nadzieję, że ich będzie więcej. Ciągnę lekko. Daję im znak. Tak oto pojawił się długo wyczekiwany post, sygnalizujący nadzieję. Ma on na celu dać czytelnikom do świadomości, że chcę spróbować ponownie. Poszerzyć własny horyzont i podziękować światu za kolejną szansę. Mam nadzieję, że dawno zapomniane osoby to zaakceptują i pozwolą mi zacząć od początku. Znowu. Tak. Znowu. A jakżeby inaczej. Do skutku. Tak mam w zwyczaju. Bez względu na fale czy wyboje, jedziemy dalej. Upadek świadczyłby o słabości. Stały upadek. Bowiem to, że każdy upada, nie świadczy o tym, jakoby każdy był słaby. Słabi są ci, którzy nie podeprą się i nie wstaną. Muszę przyznać, że przez moment również się do nich zaliczałam. Leżałam nieruchomo, jakby nieżywa. Bez uczuć. Bez sił. Wstawanie... było dla mnie rzeczą obcą.
~Simi-chan
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz