Rozterka 1.5.2

Tytuł: Rozterka
Część: 2 (link do pierwszej ---> o, tu)
Autor: Simi










Zaciągnął się papierosem, a czerwony żar pochłonął kolejną partię białego papieru, wprowadzając do płuc palacza porcję nikotyny.
Panorama miasta stopniowo oświetlana blaskiem latarń, przybierająca przeplataną złotem czerń dzięki znikającemu za horyzontem szkarłatnemu słońcu, które ciągnie za sobą resztę promieni, zostawiając miasto skąpane w mroku – widok uzależniający, hipnotyzujący, piękny. Ta wspaniałość spotęgowana dzięki kieliszkowi wódki w drżącej dłoni i nikotynie zabijającej resztkę posmaku po wcześniejszej pizzy.
- Ej, to moje – przypomniał, gdy inne męskie palce odebrały mu w połowie wypalonego szluga.
- Marudzisz… - westchnął i włożył ustnik pomiędzy zęby, zaciągając się mentolowym dymem.
- Palisz? To rzadkie – uniósł brwi ze zdziwienia i przyjrzał się ponuremu wyrazowi twarzy, wyraźnie nie mającemu ochoty na nawet najdrobniejsze przekomarzanie się. – Coś się stało?
Nie uzyskał odpowiedzi.
- Chłopcy, a może jeszcze po kieliszku? – przekroczyła próg balkonu na wpół upita kobieta, taszcząc ze sobą dwie butelki alkoholu. Jedną z nich zaraz odebrał jej mężczyzna.
Facet przecedził powietrze przez ustnik dwukrotnie, po czym wyjął peta spomiędzy warg i rzucił kilkadziesiąt metrów w dół – w ogrom miasta. Dopadł gwint butelki i duszkiem pochłonął połowę zawartości.
- Nie powinieneś tyle pić… - z pożałowaniem popatrzył na kończące się piwo.
- Styl pysk.
- Oho. Jaki ostry – niewzruszony bezcelowo upominał drugiego, który tego wieczoru wydawał się być przez coś bardzo dręczony, co ewidentnie musiało być odmianą od jego nudnej codzienności.
Chociaż z drugiej strony.
Zdawał sobie sprawę z tego, że ten z pozoru przerażający i buntowniczy facet tak naprawdę zawsze się martwi i przejmuje… zazwyczaj tego po prostu nie okazuje, co ty mówić o tym, żeby odbijało się to na nim w taki sposób. Momentalnie jął głowić się nad tym, co w tej chwili skrywał umysł tamtego. Niefartem te ciemnozielone tęczówki owiane były zbyt głęboką tajemnicą i nie szło czegokolwiek się w nich dojrzeć. Wcale mu to nie ułatwiało sprawy.
- Nami-san, mogłabyś nas zostawić samych? – zwrócił się uprzejmie do rudowłosej piękności przyglądającej im się z drugą butelką w ręce, która nawet pomimo lekkiego upojenia alkoholowego była w stanie wyczuć powagę wiszącą w powietrzu. Bez słowa, nie prosząc nawet o wyjaśnienia posłusznie skinęła głową i odwróciła się na pięcie, wracając do wewnątrz mieszkania.
- Coś cię trapi? – zapytał w końcu widząc, że tamten od pewnego czasu nad czymś intensywnie myśli.
- Ten idiota…
- Co z nim? – nadstawił ucha, będąc gotowym wysłuchać wszelkich żali. Raz przecież może udawać przyjaciela.
Przyłożył flaszkę do suchych warg, pozbywając się zawartości w mgnieniu oka. Wieczorne powietrze podrażniło jego skórę i wywołało gęsią skórkę. Działało pobudzająco, jednocześnie nucąc kołysankę w swoim języku i łagodząc zmysły. Ujarzmiając gniew, kojąc nerwy. Pozwalało ponieść się urokowi szepczącego, oświetlonego miliardem gwiazd, nieba. Nadawało magii trwającej chwili, tworząc specyficzny, wieczorny klimat.
„On ma kogoś” – właśnie te słowa przerwały dłuższe milczenie, którego długość nie sposób było przybliżyć do sekund czy minut.
- Co ty pieprzysz, cholerny glonie? – zaklął na niego, nie rozumiejąc zbytnio znaczenia tamtych słów. Nie były podobne do ich właściciela, stąd chyba to zdziwienie.
Opierając się klimatowi chwili okazał zniecierpliwienie i lekkie podirytowanie wyrazem nostalgii na twarzy swojego rozmówcy. Denerwowało go to notoryczne przeciąganie wyjaśnień. Chciał się tylko, do cholery, w końcu dowiedzieć, o co tamtemu chodzi. Ta niezręczność go dobijała i wytrącała z równowagi.
Chwilowo przeniknął wzrokiem przez szkło drzwi balkonowych wprost do wewnątrz - na właścicielkę mieszkania. Z różanymi policzkami spała jak suseł na kanapie, więc nie była świadkiem tego, co on teraz widział. Nie wiedział, czy to przez ustawione w korku światła reflektorów gdzieś hen, między rzędami bliźniaczych bloków, czy odbijające się w źrenicach księżycowe światło, ale oczy tej budzącej postrach algi zaczęły się błyszczeć jak świeczki. Odniósł wrażenie, że ten zielonowłosy, barczysty facet zaraz zaleje się łzami jak mała dziewczynka. Nie wytrzymał na to wyobrażenie. Jego głowa potrafiła przetrzymać praktycznie wszystko, ale na pewno nie wizję beczącego Zoro. Parsknął śmiechem mimowolnie, rozszarpując na kawałki powagę sytuacji.
- Luffy – wydobył z ust szept po pewnym czasie.
- … „Luffy”?
- Tak, Luffy. Ten idiota. Ten cholerny idiota.
- Ten z gimnazjum? – zaczął usilnie przypominać sobie chłopaka, o którym w tamtym czasie Zoro regularnie wspominał.
- Tak. Właśnie ten – na twarz Zoro wstąpiło zwątpienie. – Ten kretyn nie zdaje sobie sprawy z tego, ile ona wycierpi. Dobrze wiem, że on sam tego najbardziej nie chce. Taki już jest – wziął głęboki haust mroźnego powietrza, który szybko wypuścił z powrotem. Wyprężył się niczym kot i odwrócił w stronę ciepłego wnętrza mieszkania, zostawiając za plecami tajemniczą nocną panoramę miasta. – Będzie cierpiał po fakcie. Chyba, że się nie dowie – zostawił kolegę, który najwyraźniej był teraz czymś zajętym, bo jego twarz wykazywała głęboką zadumę i walkę własnych myśli… istną burzę. Zoro opuścił balkon, zamykając za sobą przezroczyste drzwi i zniknął gdzieś wewnątrz.
„O czym on pierdoli?! Chociaż… Jeśli mnie pamięć nie myli, to mówił coś o jakimś brunecie z seksownym, całkiem drobnym ciałem… co ja gadam, dla tego gównianego glona każdy jest drobny, nawet ja. Wiele wspominał tego chłopaka, bardzo dokładnie, aż zbyt dokładnie, opisywał wszystko za każdym razem. A ja musiałem tego słuchać! Za każdym pieprzonym razem! Ta cholerna alga nie miała umiaru w swoich historiach przywleczonych ze szkoły! Nie dziwię się… sam to przeżyłem. Takie zafascynowanie swoją pierwszą miłością.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz