Autor: Simi
Anime: One Piece (by Eiichiro Oda)
Długość: One-shot
Pairing: Trafalgar Law x Monkey D. Luffy (LawLu)
Uwagi: Takie trochu yaoi i gwałt.
Ograniczenia wiekowe: Czy ja wiem... jakieś 15+.
Opis: Robin uprzedzała, że pirackie sojusze mogą się skończyć źle. Że to wcale nie jest zabawa w przyjaciół. Co, jeśli mroczne wizje złowróżącej członkini załogi by się spełniły…?
- Kurwa… – wydał z siebie zgłuszony szept. Ból przeszedł go wzdłuż kręgosłupa, a on sam poczuł drzazgi delikatnie wkłuwające mu się w łopatki, gdy otarł się nimi o drewnianą ścianę kajuty. Przeszedł go zimny dreszcz, kiedy zwinne palce delikatnie badały biodra, delektując się także krągłymi pośladkami skrytymi za materiałem.
Wyklął w myślach.
Tak cholernie przeklął tego powalonego perwersa! Najchętniej dogryzłby mu się do gardła, niczym nieszczepione na wściekliznę dzikie zwierzę. Odpowiadałaby mu też opcja przyglądania się, jak krew tego drugiego spływa po cienkim ostrzu katany lub opuszcza jego ciało w jakikolwiek inny sposób.
Niech zginie.
Niech cierpi.
Niech jego mózg zostanie krwawą plamą na ścianie, niech powietrze wypełni odór zgnilizny, a atmosfera stopi się ze śmiercią. Niech to miejsce będzie cmentarzem, a jego ciało niech zostanie rozszarpane na atomy w jakimś wypadku przyprawiającym go o długą i bolesną śmierć. Niech umrze, pamiętając wszystkie swoje winy, znienawidzony przez wszystkich.
Niech szafot będzie jego ostatnim wspomnieniem. Cokolwiek.
Niech cierpi.
Niech jego mózg zostanie krwawą plamą na ścianie, niech powietrze wypełni odór zgnilizny, a atmosfera stopi się ze śmiercią. Niech to miejsce będzie cmentarzem, a jego ciało niech zostanie rozszarpane na atomy w jakimś wypadku przyprawiającym go o długą i bolesną śmierć. Niech umrze, pamiętając wszystkie swoje winy, znienawidzony przez wszystkich.
Niech szafot będzie jego ostatnim wspomnieniem. Cokolwiek.
Kajdanki zatańczyły same ze sobą, wydając nieznośny brzęk, który teraz zdawał się doprowadzać do szału. Rozsadzać bębenki, rozmazywać myśli. Dźwięk zderzającego się ze sobą żelaza tylko przyprawiał o zawroty głowy. Igrał z nerwami i tak już na skraju wyczerpania.
Wszystko, żeby to cholerstwo tylko ucichło!
Do pomieszczenia wdarł się mroźny powiew i wydał kojący szmer. Zdawał się jednak drwić z losu młodszego, wyśmiewać i cieszyć się nim. Uważać za rozrywkę. Przyprawił zdominowanego o gęsią skórkę.
- Podobasz mi się taki… – wyszeptał mu w zgrabną szyję, palcami bawiąc się sterczącymi od chłodu sutkami, molestując je i gładząc. Ten dotyk łaskotał i momentami był delikatny. Ale cała ta świadomość obrzydzała i przyprawiała o nienawiść… także do samego siebie.
Przypierał do niego torsem, dzielił się ciepłem. Rozkoszował jego smakiem, bawił się tym ciałem, robiąc z nim to, na co tylko miał ochotę.
- Uwolnij mnie, ty znnNnnNnnn~~! – wargi zostały zmiażdżone przez potężny pocałunek. Usta brutalnie dociskały głowę do niekomfortowej ściany, a obce palce okrutnie zacisnęły się na kępce kruczoczarnych włosów, gdy pochwyciły opadającą na czoło grzywkę i energicznie odchyliły do tyłu, mężczyzna czerpiący z tego przyjemność natomiast tylko wykorzystał otwarte wrota do wnętrza ofiary, by zaraz zacząć badać jej podniebienie, zęby, a także po prostu poczuć ciepło przepysznego wnętrza.
Próbując znaleźć wyjście z kłopotliwej, zarazem bolesnej sytuacji odruchowo ugryzł napastnika w dolną wargę, a strużka krwi po chwili wymalowała szkarłatną wstążkę na jego podbródku. Starając się poruszyć spętanymi nad głową rękoma wlepiał ciemne tęczówki w zranione miejsce, samemu oblizując zęby, przełykając trochę metalicznego posmaku i łapczywie chwytając odebrany oddech. Uśmiechnął się do niego arogancko, jakby chciał pokazać, że nie odda się po dobroci. Że też umie się bronić. Po skroni opadła mu kropelka potu, a w oczach zapłonęła rządza mordu, którą obdarzył kilka centymetrów wyższego, stojącego swobodnie o własnych siłach, mężczyznę.
W pomieszczeniu panował ciężki do zniesienia półmrok, nadający dramatyzmu trwającej chwili. Czuć było smród potu i tę zwierzęcą rządzę, jaką tamten zboczeniec przepełniał powietrze.
- Dlaczego mam płacić za twoje chore fantazje, zwyrodnialcu?!
- Law. Ja mam imię – napomniał go palcem, patrząc wzrokiem mówiącym: „Nie ładnie…”
- Imiona noszą ludzie! Ty jesteś potworem!
Długie palce z wytatuowanym DEATH zostały powoli wysunięte do przodu i w górę. Law wlepiał oczy w ponętne, wąskie usta zwilżone wciąż po wcześniejszym wymuszonym kontakcie. Z czułością przyglądał się zgrabnemu podbródkowi, a gdy ujrzał smugę po ślinie, która najpewniej została po pocałunku, a Luffy spętany nie był w stanie jej otrzeć, bez namysłu po prostu przybliżył swoją twarz i zlizał ją sprawnym językiem.
Luffy’ego przeszło obrzydzenie odczuwane nawet w palcach u stóp. Stracił czucie w rękach, nie był w stanie się wyswobodzić, więc wygiął się jak tylko umiał, byle nie czuć na ciele tego okropnego dotyku.
Złego dotyku.
Dotyku, który właśnie, z uśmiechem pedofila, zaczął majstrować przy rozporku jeansowych spodenek, nie na żarty grożąc odsłonięciem ostatniego bastionu męskości nastolatka.
Mięśnie go zabolały, a w głowie miał mętlik. Nie wiedział, do czego ten mężczyzna jest zdolny i nie do końca chciał się przekonać, a na pewno nie na własnym ciele. Tak się bał. Tak cholernie się bał!
„Zoro… Nami… Sanji… Usopp… Franky… Brook… ktokolwiek!” – zaczął w myślach nawoływać. Prosił, by ten perwers odszedł. Dał mu spokój. Uwolnił go. Nie dotykał więcej. Miał dość widoku tatuaży, brzęku kajdanek i tej obrzydliwej, panującej tu atmosfery. Tu, na jego statku! Gdy jego nakama leżą nieprzytomni na pokładzie, a ktoś, kogo uważał za towarzysza broni, zaraz zrobi mu jedną z najokrutniejszych rzeczy. „Przestań. Proszę!” Do kącików oczu napłynęły mu łzy, gdy zamek przy spodenkach rozsunął się cicho, a ostatnie sensowniejsze odzienie opadło po kostki, ukazując białe slipy Luffy’ego.
- Przecież byliśmy przyjaciółmi! – wykrzyknął na swoją obronę, mając nadzieję, że przemówi towarzyszowi do rozsądku. Miał taką wielką nadzieję. Niestety została zniszczona. Torao tylko cicho prychnął pod nosem.
- Heh. Byliśmy? Absurd! – popatrzył mu głęboko w tęczówki z cwaniackim uśmiechem na twarzy. Dawał do zrozumienia, że jest pewny swoich słów. I ich nie żałuje. – Tylko ty tak myślałeś. Bo jesteś tylko naiwnym dzieckiem. Nigdy cię nie miałem za przyjaciela. Od początku widziałem w tobie tylko kogoś, kogo naiwność mogę wykorzystać do własnych celów – z czułym uśmiechem na twarzy założył pasmo włosów kapitana statku za ucho. Powtórzył: – Bo jesteś tylko głupim, naiwnym dzieckiem… – przybliżył twarz i wyszeptał do ucha: – które można wykorzystać…
Od stóp do głowy go przeszedł dreszcz obrzydzenia i strachu. Źrenice zwężyły się, a wargi zaczęły drgać niemiłosiernie, jak całe, pierwszy raz tak bardzo niepewne siebie, ciało.
„Bawi cię to?”
- Cholernie mnie to bawi – słowami podrażnił jego błonę bębenkową i dał do zrozumienia, że Luffy ma wszystko wypisane na twarzy i nawet nie musi wypowiadać na głos, by było wiadome, co mu siedzi w głowie. O czym marzy, o co pyta.
Uniósł kąciki ust i polizał płatek ucha zabaweczki. Czuł, jak ta drży przy każdym ruchu, okazując strach i przerażenie. Jak mały zając pochwycony w szpony strasznego wilka. To go bawiło. Tak cholernie go to bawiło, że najchętniej zdarłby z niego resztki bielizny i wziął go tutaj na miejscu.
- Law… - wycedził, wstrzymując oddech, gdy mężczyzna zaczął mu przygryzać skórę na szyi i gdzieniegdzie zostawiać ślad w postaci malinki. – Law, przestań… proszę – po policzkach zaczęły mu ściekać łzy, gdy poczuł, że ciepłe usta bez jakichkolwiek gorętszych uczuć zaczynają niebezpiecznie zsuwać się po piersi, mięśniach brzucha… - LAW!
---
- Law, Law! – krzyknął kolejny raz, szturchając za ramię śpiącego jak suseł Trafalgara. – Ej, gówniany chirurgu! Zwlecz w końcu dupę i chodź żreć, wszyscy czekają!
„Co się dzieje? Co się stało? Luffy, gdzie jesteś?”
Otwarł oczy, a źrenice gwałtownie zwężyły się, porażone popołudniowym słońcem. Rozejrzał się rozkojarzony. Zewsząd ogrom lazurowego oceanu z szerokimi ramionami zapraszającego w swoje progi. Zamiast przygnębiającego półmroku nad sobą miał turkusowe niebo uśmiechające się wesoło do Thousand Sunny. Trawnik nie był pokryty juchą i nieprzytomnymi towarzyszami kapitana, zieleń trawy odbijała promienie słoneczne jak małe lustra. Do nozdrzy docierał aromatyczny zapach pieczonej ryby, zamiast smrodu, jaki panował w tamtym świecie.
Niepewnie stawił kroki w jadalni. Twarzy przyjaciela nie przekreślał już rumieniec, nie robił przestraszonej, nieporadnej miny. Nie płakał i nie prosił o litość w obronie własnej godności. Uśmiechał się szeroko i przed wszystkimi napoczął posiłek, przez co został zdzielony po głowie za brak kultury. Kompletnie inna osoba. Włosy nie kleiły się do czoła, oblane najświeższą dawką zimnego potu, a ciało nie miało ran, siniaków czy zadrapań. Blizna w kształcie X po części schowana za czerwoną kamizelką, a spodenki do kolan nienaruszone w swoim miejscu – na biodrach i udach ich właściciela.
Odetchnął z ulgą.
Z taką ulgą, jakiej dawno nie czuł.
Nie wiedział, dlaczego pojawiła mu się taka wizja. Taka okrutna wizja. Ale jedno wiedział na pewno – nie chce widzieć go w takim stanie. Nie zdradzi go. Nie oszuka. Nie zrobi nic, co mogłoby mu zaszkodzić. Fizycznie lub psychicznie. Będzie jego przyjacielem i nigdy go nie skrzywdzi.
„To był tylko zły sen.”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz