Marzenie Simi 1.1

Mijał kolejny, ulewny wieczór. Zapijałam się sake w jednej z pobliskich karczm. Ciszę przerwały otwierane drzwi, przez które weszła bardzo ładna, młoda dziewczyna.
- Tutaj jest otwarte, chłopaki! Chodźcie! - zawołała za siebie, tym samym przyciągając wzrok klientów. Ale chyba nie chodziło tylko o krzyk. Była bowiem bardzo urodziwa i śmiele odziana. Do tego przyciągające uwagę, rude włosy ścięte do ramion.
Nie minęła chwila, a przez drzwi wkroczył w podobnym do niej wieku chłopak. Całkowicie przemoknięty. Pierwszym, o co się martwił, był jego kapelusz. Nawet z daleka widać było, że przedmiot ten wiele przeszedł. Kiedy ściągnął nakrycie głowy, rzuciła mi się w oczy jego blizna. Bardzo pasowała mu do twarzy, choć i bez niej bym się nie zdziwiła, gdyby miał powodzenie u dziewczyn.
Jednakże potrzebny by był także charakter, którego zbyt "zalotnego" nie miał. Tak wywnioskowałam w momencie, gdy zaczął się trzepać, niczym pies. Krople chłodnego deszczu poleciały prosto na oburzonych tym klientów, on natomiast przepraszał ich z uśmiechem na twarzy.
- Taki trochę lekkoduch - pomyślałam, jednak myśl przerwał mi kolejny wkraczający przez otwarte drzwi mężczyzna. Był pewnej postury. Bardzo dobrze zbudowany. Wyglądał na mocarnego, bez wątpienia. To, ku czemu kierował się mój wzrok to silne ramiona oraz krótko ścięte, zielone włosy idealnie pasujące do jego stroju i wyraźnie zarysowane skronie dodające mu groźnego wyglądu.
Zainteresowały mnie także trzy katany, które dzierżył u boku. Bez wątpienia były jego znakiem charakterystycznym. Teraz sobie zdałam sprawę z tego, jaka muszę być słaba, mała i niewyróżniająca się na tle całego East Blue.
Przyglądałam im się dłuższą chwilę. Zajęli miejsca w kącie karczmy i złożyli zamówienie. Szermierz głównie popijał trunek, a chłopak z blizną pod okiem w kosmicznym tempie pochłaniał coraz więcej mięsa i innego jadła, co wywołało na mojej twarzy uśmiech. Rudowłosa natomiast nie jadła zbyt wiele, ponieważ była zajęta regularnym upominaniem o to, że nie umie się zachowywać, co także mnie rozbawiło. Za każdym razem odpowiadał jej krótko, po czym brał kolejną przekąskę do ust. Ona natomiast tylko wzdychała.
Minęło dobre kilkanaście minut, nim stwierdził, że jest pełny. Nami, bo tak nazywał swoją towarzyszkę, zawołała do kelnera z prośbą o rachunek, ten natomiast podszedł do niej z kwitkiem. Widząc go, dziewczyna wytrzeszczyła oczy i ponownie zgnoiła swojego kapitana.
Mówiła tak głośno, że wyraźnie słyszałam, że wzięła za mało funduszy ze statku, a w tę ulewę nie bardzo ma jak wrócić po resztę. Wydawała się być bardzo zmartwiona.
Wstałam więc i policzyłam swoje beri w mieszku. Ponownie się uśmiechnęłam i powolnym krokiem podeszłam do ich stolika. Podrzuciłam mieszek w ręce, po czym położyłam na stoliku między kapitanem a dziewczyną, mówiąc, żeby zapłacili tymi pieniędzmi. Chłopak w słomkowym kapeluszu przyjrzał mi się, gładząc napełniony brzuch, po czym wybuchnął:
- Hji, hji, hji~! Widzisz, Nami? Teraz mamy czym zapłacić!
Ona natomiast się oburzyła, po czym spojrzała na mnie podejrzliwym wzrokiem.
- Dlaczego to robisz? - zdecydowała się zapytać.
- A tak. Bez powodu - rzekłam zupełnie niewinnie, przyglądając się kapeluszowi, a raczej jego właścicielowi.
Rozczochrane, proste, kruczoczarne włosy idealnie komponowały z jego kształtem twarzy i współgrały z czerwoną kamizelką oraz niebieskimi spodenkami do kolan. Uśmiechał się ciągle, więc i mnie przepełniało szczęście. Był naprawdę pocieszną osobą.
 - Jesteście piratami? - zapytałam, a kiedy ze strony Nami usłyszałam przytaknięcie, wypowiedziałam myśli na głos. - Naprawdę nietypowa z was banda - na co kapitan tylko wyszczerzył zęby. - Jestem Simi - przedstawiłam się.
- Jestem Monkey D. Luffy. Człowiek, który zostanie Królem Piratów! - również się przedstawił, a z jego oczu biła taka pewność siebie, ten ogień i pożądanie, że sprawiał wrażenie, jakby to było już z góry ustalone. Zaśmiałam się cicho pod nosem, po czym głos przejęła rudowłosa dziewczyna.
- Jestem Nami, nawigator. A ten tutaj, z przerażającą facjatą - wskazała kciukiem na półśpiącego, patrzącego na mnie kątem oka szermierza - to Zoro.
Wzięła zostawione przeze mnie pieniądze, po czym jej usta rozszerzyły się w szerokim uśmiechu.
- Dziękujemy! Naprawdę ratujesz nam życie. Ten tutaj - skierowała mój wzrok na szczęśliwego kapitana - w ogóle nie zna umiaru przy jedzeniu! - obróciła skórzany woreczek z pieniędzmi w rękach. - Oddamy ci, jak tylko zyskamy dostęp do statku - wyjrzała przez okno, za którym huczał straszliwy huragan. - Dostanie się teraz do portu byłoby cudem.
- Ależ nie trzeba - szybko rzekłam, pewna swojej decyzji.
Nawigatorka zdziwiła się moją reakcją, ale niepewnie się zgodziła.
Luffy ponownie się zaśmiał, po czym, tym razem osobiście, podziękował mnie. Zrobiło mi się ciepło na sercu, słysząc te słowa. Wiedziałam, że nie będę żałowała oddanych pieniędzy.
- No, to chyba trzeba będzie się zbierać - odezwał się w końcu cicho dotąd siedzący szermierz i zerwał z miejsca. Dziewczyna zgodziła się z nim, po czym pogoniła Luffy'ego, który nie miał ochoty na protesty. Ponownie zwróciła się do mnie.
- Jeszcze raz dziękujemy za pomoc!
- Będę dopingowała waszą załogę! - zapewniłam, po czym pożegnałam się. Ten wieczór z pewnością na bardzo długo pozostanie w mojej pamięci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz