Rozterka 1.5

Przyglądanie się zepsutemu miastu – zajęcie równie interesujące, co nudne obowiązki charakteru codzienności. Tylko ma w sobie coś szczególnego, coś, co wyciąga je na piedestał, oddzielając od monotonnych zajęć.
Nawet przy nocnym księżycu, jego nikłym świetle, można dostrzec wiele rzeczy. Przez brudną szybę jakiegoś busa przyglądać się wydeptanym chodnikom. Blade oświetlenie przydrożnych latarni jakiegoś dużego miasta pozwala dostrzec wiele aspektów, podkreślając tylko przepaść, nad którą stoi społeczność. Przywrócony do poziomu znak STOP, niezauważalny już dla kierowców lub też kolejny zdemolowany bilboard, niegdyś reklamujący jakiś tani proszek do prania – rzeczy, z którymi, zawieszając ponury wzrok za oknem, nasze oczy spotkają się regularnie. To samo się tyczy poprzewracanych kontenerów z napisem plastik czy papier lub też leżącego na środku jezdni truchła, po którym ciężko już określić, czy był to kot, czy wiewiórka, czy jeż...
Po kilkudziesięciu minutach znaleźć się u celu, wysiąść z pojazdu i zawiesić wzrok na wielokolorowym graffiti psującym jednolicie ceglaną strukturę przystanku autobusowego. Zignorować swego rodzaju dzieło i przemierzyć kilka kroków w konkretnym kierunku, jednak zamiast ciepłego powitania otrzymać kulkę w brzuch i dostrzec tylko jakieś lakierowane buty kilka metrów przed sobą, zlane z hukiem wystrzału z rewolweru. Osunąć się niemo na podłoże i stracić resztę wspomnień z owego wieczora.



~*~

Tytuł: Rozterka
Autor: Simi
Typ: Dōjin-zasshi (ff)
Anime: One Piece (by Eiichiro Oda)
Pairingi: Monkey D. Luffy x Boa Hancock (LuHan); Trafalgar Law x Monkey D. Luffy (LawLu)... (((Być może jeszcze cuś? >D)))
Miejsce i czas: Kto wie, współczesność.
Uwagi dla czytelnika: zalecam czytać wyłącznie osobom nie nastawionym negatywnie do light yaoi oraz obeznanym w anime/mandze One Piece. W opowiadaniu Luffy jest momentami mniej dziecinny, niż jego wersja postrzegana przez większość fanów.
Opis: Hehe.


 ~*~


- Bepo, przestań się skradać!
- Ciszej~ obudzi go pan.
- Bez obaw, śpi jakby faktycznie umarł...
- A nie mówiłem..? – zerknął rosły, siwy już mężczyzna na przepełnioną spokojem, wybudzającą się ze snu twarz.
Chirurg wzdrygnął się, gdy nagle do pomieszczenia weszła, a raczej wtargnęła czarnowłosa, biuściasta piękność.
Hancock jest młodą kobietą o bardzo szczupłej talii podkreślonej pokaźnej wielkości piersiami. Do bioder zwisają jej luźno proste, kruczoczarne włosy, a ona sama podkreśla zarówno piękno ich, jak i swoich niebieskich oczu, nosząc dość duże kolczyki ze złota.
- Luffy! W końcu się ocknąłeś! – podbiegła do poszkodowanego zatroskana i uchwyciła jego dłoń w ręce. – Tak się bałam! Boli cię gdzieś? Spałeś ponad dwa dni!
- H-Hancock? Co się dzieje? Gdzie ja jestem? – obejrzał się dookoła, ale ścisnął go gwałtowny ból, gdy się zerwał do siadu prostego, więc automatycznie położył się znowu.
- Luffy, nie ru-
- Oi, co ty wyprawiasz? – zmierzył go wzrokiem chirurg. – Wiesz chociaż, co się stało w nocy?
Widząc zdezorientowany wzrok pacjenta, już otworzył usta, by wypowiedzieć pierwsze słowa, jednak został uprzedzony.
- To przez Dymki! Wiesz, ci z gangu Smokera!
- Zostałeś postrzelony w brzuch przez jednego z nich. Na szczęście kula ominęła ważne organy, więc już nie grozi ci niebezpieczeństwo – westchnął, przypominając sobie zakrwawioną kulę, skalpel i inne rzeczy, które towarzyszyły mu podczas krojenia brzucha pacjenta. – Musieliśmy operować, na szczęście już po wszystkim.
Hancock posmutniała i odwróciła wzrok od bandaży na torsie ukochanego. Ten widok trochę ją przerażał.
- Boa-ya, mogłabyś zostawić nas na chwilę samych?
Teraz, gdy z Luffy'm było w porządku, uspokojona kobieta opuściła jednolicie białe pomieszczenie.
- Co jest, Torao? – zerknął szybko na plakietkę lekarza i przekształcił nazwisko Trafalgar Law według własnych upodobań.
Law powoli wyciągnął jakieś przyrządy z szafek i podszedł z drugiej strony pacjenta.
- Rana ci się otworzyła, gdy się obudziłeś – uświadomił go, palcami przejeżdżając po dobrze zbudowanym torsie, potajemnie delektując się tym widokiem. Powoli jął zdejmować gdzieniegdzie nasiąknięty materiał, starannie lustrując i starając się zachować w pamięci każdy skrawek ciała. Spojrzał na twarz, która już nabrała żywych kolorów i ponownie zajął się opatrunkiem. Miał wrażenie, że Luffy lekko drży przed każdym dotykiem takiego obcego mężczyzny. Odebrał to, mimo wszystko, jako dobry znak.
- Skończone – stwierdził po kilku minutach. – Chcesz coś? A może coś cię boli?
- Nie, ale zjadłbym konia z kopytami! – rzekł beztrosko, po czym dopowiedział. – Poproszę Hancock, może mi coś przyniesie.

***


- Dziękuję, że się nim zaopiekowałeś! Nie mógł trafić w lepsze ręce!
- Przeszkadzałoby ci, jeśli od czasu do czasu spotkałbym się z nim?


***

Ledwie otworzył oczy, a już zerwał się na równe nogi i wciągnął na tyłek jeansowe spodenki, natomiast bandaże zakrył czerwoną bluzką. Kiedy zerknął na telefon, pokazał się komunikat: "bateria rozładowana", więc zignorował urządzenie i wyszedł z pomieszczenia.
Został ciepło powitany, troskliwa kobieta nagle zmaterializowała się przed nim i zaczęła wypytywać o stan zdrowia i samopoczucie. Nie miał nic przeciwko tej trosce, cieszyła go.
- Załatwiłam ci wypis ze szpitala, jednak obiecałam Law'owi, że cię nie zostawię samego przez najbliższe dwa tygodnie, bo możesz sobie zrobić coś ze szwami!
- Co jest na śniadanie? – wyminął temat. Wiedział jednak, że nie jest w najlepszej kondycji i udając silnego tylko kopałby sobie grób. Zamierzał poinformować o tym dziadka Garp'a, kiedy tylko zdobędzie jakąś ładowarkę do telefonu.
- Jeśli ci to nie przeszkadza, to mogę odgrzać wołowinę, którą przygotowałam na wczorajszy wieczór... – zaproponowała nieśmiało, w dłoniach kryjąc rumieniec.
- Brzmi pysznie! – odkrzyknął entuzjastycznie, czując rozjuszone kubki smakowe. Po kilku sekundach pogrążył się jednak w zadumie. – Hancock, czy ty nie masz dziś pracy?
- Moje siostry się tym zajęły, więc bez obaw! – zapewniła, jednak wciąż interesowało go...: gdzie właściwie Boa wraz z siostrami pracuje?
Posiadłość, na którą cała trójka rodzeństwa pracowała, i w której cała trójka mieszka jest jedną z najładniejszych w okolicy.
Z wewnątrz zadbany kominek, obrazy, zdjęcia, gdzieniegdzie nawet perskie dywany się zdarzają. Kremowy wystrój, w tym samym kolorze sofy, meble. W wielkim pokoju gościnnym ozdobny żyrandol i drogocenny zestaw herbaciany, niczym z angielskiej posiadłości jakiegoś hrabi. Wszystko wypolerowane, czasami w oko rzucały się wygrawerowane wzory, kwieciste ozdoby czy symbole przypominające słońce.
Z zewnątrz natomiast nieduża, drewniana altanka idealna na niektóre wyjątkowe okazje, ale także jako miejsce do miłego spędzania popołudnia. Otoczona różanym ogrodem przyjmowała w lecie specyficzny klimat. Zarówno marmurowe, jak i kamienne posadzki, a także gaik drzewny. W każdym miejscu w tej posesji było coś wyjątkowego, a blask tego podkreślał wspaniały widok na ocean. Reasumując - od środka raczej w stylu gregoriańskim, z zewnątrz zwyczajna, zadbana posiadłość z całkiem przestronnym dworem.
Hancock wciąż czochrała i układała jedwabiste, Luffy miał twarz na tej wysokości, na której chciałby mieć pewnie w tym momencie niejeden mężczyzna... Boa mimo wszystko jest całkiem wysoka. Ale dodaje to tej kobiecie tylko uroku.
Ciepłe i delikatne dłonie – coś, czego nie czuł w domu. Kocha swojego dziadka, ale ten tylko śmieje się, bijąc go i powtarzając, że musi stać się silniejszy. Nie, żeby Luffy był słaby, o nie. Ale każdy przecież potrzebuje trochę czułości.
Tym, co zepsuło tę spokojną chwilę i wyrwało Luffy'ego z transu, w jaki wpadł, przyglądając się pewnej rzeczy w oddali, był dzwonek telefonu w pomieszczeniu obok. Kobieta poprawiła naprędce ostatnie pasmo włosów, po czym chłodnym spojrzeniem zmierzyła zupełnie nieposiadającą wyczucia komórkę.
- Odbierz – pozwolił, czując telepatyczne pytanie, i uśmiechnął się w podzięce za opiekę i troskę oraz doprowadzenie niesfornych kosmyków do porządku. Szybkim krokiem czarnowłosa dopadła dzwoniącego telefonu i wpatrywała się kilka sekund w wyświetlacz. Palcem przesunęła po szybce i wypowiedziała z powagą:
- Halo?

Jej wybranek w międzyczasie dopadł kuchni i zajął jedno z miejsc przy wyrafinowanym stole. Przez przejście do salonu zaobserwował, jak Hancock z uwagą zakłada pasmo włosów za ucho i wsłuchuje się w słowa osoby po drugiej stronie aparatu. Wyglądała, jakby rozmawiała o czymś ważnym.
Konwersacja nie trwała długo, bo zaledwie po chwili dobiegła końca i drugie krzesło zostało zajęte.
- Wiesz, Hancock... – zaczął swobodnie po chwili ciszy. Wyprostował kręgosłup i ręce założył za głowę, patrząc rozmarzonym wzrokiem w sufit. – tak się przyglądałem oceanowi, kiedy mi poprawiałaś włosy... – kątem oka spostrzegł, że kobieta przygląda mu się z błyskiem w oczach i delikatnym uśmiechem na ustach. – Tam – palcem wskazał punkt daleko za oknem – tam płynął rybacki statek. I dziecko, które tam było... bawiło się w pirata – przybrał nostalgiczny wyraz twarzy i zgarbił się, łokcie opierając na kolanach. – Faajnie by było być piratem! – wykrzyknął beztrosko, a na twarz przywdział szeroki uśmiech, który zaraz skierował na uszczęśliwioną Hancock i opowiadał, spoglądając na nią. – Ocean jest wspaniały! Tam można być wolnym! Wolnym, jak nigdzie indziej! Własny statek, załoga, wspaniałe przygody! - tutaj jego twarz nagle spochmurniała. – Ale dziadek Garp na pewno byłby zły, gdybym mu opowiedział o tym marzeniu...
- Ja myślę, że ono jest wspaniałe! – szybko pocieszyła go Boa.
Nikt tak naprawdę nie wiedział, bo ona takiego w nim widzi. Przecież Hancock niejedna kobieta urody czy walorów zazdrości, niejeden mężczyzna jej pożąda. Ma styl, urodę, pieniądze. Czego może chcieć więcej kobieta? I dlaczego miałaby tak zwariować na punkcie zwykłego chłopaka? Luffy to nie książę z bajki. Fakt faktem, jest całkiem przystojny, a blizna pod jego okiem dodaje mu atrakcyjności... Stosunkowo silny i ma idealnie, nieprzesadnie wyrzeźbione ciało, jednak jego charakter... często kojarzony był z rozgarnięciem i przesadnym entuzjazmem. Mówili nawet, że czasami zachowuje się niczym małpa...
Pomimo tych opinii tym, co przyciągało jej uwagę, była właśnie wewnętrzna siła i to podekscytowanie, z jakim opowiada o swoich marzeniach. Potrafi zarazić tym szczęściem i uświadomić, że czasami jednak warto marzyć. Nawet, jeśli robi się to tylko dla częściowego zaspokojenia własnych pragnień!
Poczucie błogości i uniesienia rozproszył przeciągły odgłos burczenia, przywracający myśli kobiety do pionu.
- Oh, wybacz... nie pamiętam, kiedy ostatnio coś jadłem... – wyznał zakłopotany.
- Daj mi kilka minut! – zerwała się z zapałem i poczęła przygotowywać obiecany posiłek. – Trudno ci się dziwić. Dwa dni spałeś na kroplówce, a kiedy wróciłeś do domu, od razu rzuciłeś się na łóżko... – przypomniała wczorajszy wieczór i kilka dni wstecz.
Hancock włączyła piekarnik i włożyła do niego ostrożnie formę żaroodporną z dużym kawałkiem mięsa w środku.
- Niestety nie dam ci zbyt dużo, bo nie powinieneś rozpychać żołądka...
- Torao ci tak kazał?
Patrzyła na niego zmieszanym wzrokiem, dając do zrozumienia, że trafił w sedno.
- Bez obaw – uspokoił ją uśmiechem. – to dobry gość. Lubię go.
- Jest dobrym znajomym. To do niego zadzwoniłam, gdy znalazłam cię w nocy na przystanku.
- Co właściwie tam robiłaś?
- N-no bo... pomyślałam, że wyjdę ci na przeciw... – wycedziła spurpurowiała po czubek nosa.
- Hancock, mięso – wybawił kobietę z zamętu, słysząc pikający piekarnik.
- A, tak! – powróciła na ziemię i poczęła wyciągać sztućce, talerze i parzyć herbatę.
Zastawa miała zdobienia w kolorze złota, a herbata była przygotowana wręcz perfekcyjnie, całość tworzyła idealną gamę smaków, łechcąc kubki smakowe Słomkowego, który co chwila wychwalał geniusz kuchni Hancock. Ona z kolei z ogromną przyjemnością słuchała każdego komplementu.
- Wtedy wcześniej...
- Hm?
- Mężczyzna zwany Roronoa Zoro dzwonił.
- Zoro?
Hancock wlepiała wtedy wzrok w wyświetlacz, bo wydawało jej się, że kojarzy skądś wyświetlany numer. Tak. To był jeden z najczęściej wybieranych kontaktów w telefonie Luffy'ego.
- Prosił, byś się z nim spotkał w porcie.
- Kiedy?
- Jutro. W południe.

***

- Ważna sprawa?
- O nic nie pytaj. Po prostu muszę z nim porozmawiać.



***


- Luffy!
- O, Hancock! Patrz, jaki zabawny! – zaśmiał się chłopak, przywołując do siebie Hebihime. – Turlaj się! – rozkazał, a mała, ruda kuleczka wykonała komendę, ciesząc i bawiąc zarówno Luffy'ego, Hancock, jak i właścicielkę psiaka – starszą i bardzo miłą kobietę, którą Luffy zaczepił, wychodząc z domeny trzech sióstr. Psiak toczył się po chodniku, po czym siadał i szczekał wesoło, chwytając za serduszko każdego, kto był świadkiem tego wyczynu.
- Widzę, że się dobrze bawisz, Luffy, ale mogę cię prosić na moment?
- Um! Dziękuję, babciu! Trzymajcie się! – wyszczerzył zęby w uśmiechu, a starsza pani zawołała towarzysza i, również się uśmiechając, odeszła powoli. Dwójka młodych odprowadziła ją wzrokiem.
- O co chodzi, Hancock? – zapytał, kładąc dłonie na biodrach.
- Widzisz, Luffy. Law bardzo nam pomógł, dzięki niemu mam cię przy sobie i mogę się tobą opiekować przez kilka dni... – zaczęła nieśmiało.
- Noo! Nie wiem, co bym zrobił, gdybym musiał tyle czasu leżeć w jednym miejscu! – podrapał się jedną ręką po głowie.
- W każdym razie chciałam mu się jakoś odwdzięczyć i-
- Może po prostu coś mu przygotujesz? Bentō albo coś takiego.
- J-ja?
- Oczywiście! Przecież jesteś w tym świetna! A mi się wydaje, że on... – posmutniał i uśmiech znikł z jego twarzy.
- Oh, nie przesadzaj! – zawstydziła się, jak z resztą zawsze, gdy słyszy miłe słowa od wybranka. - Ale... coś nie tak, Luffy? – zmartwiła się niewesołą miną.
- Nie, nic! – zachował myśli dla siebie i odepchnął pochmurny wygląd. W końcu mógł się mylić, nie ma co mówić.
- Jest jeszcze jedna sprawa... Nie chcę z tym zwlekać, a coś mnie dzisiaj wieczorem odciągnie od wolnego czasu, więc mogłabym na ciebie liczyć?
- Na mnie? – dopytał zdziwiony.
- Wszystko przygotuję i cię podrzucę pod dom Trafagara! To blisko, więc trafisz z powrotem samodzielnie, więc...
- Nie ma sprawy! Jest też kilka rzeczy, o które chciałbym spytać Torao.
- Czekaj na mnie tutaj o dwudziestej, dobrze? Mam jeszcze pare rzeczy do zrobienia.
- Jasne! – zgodzi się, po czym jeszcze dopowiedział. - Zrób dla Torao coś, co mu da duuużo energii! – napiął mięsień dwugłowy ramienia da podkreślenia znaczenia słów, a Hancock się uśmiechnęła i wróciła do posesji pogrążona w myślach i pomysłach.

Przez kilka godzin rozgarnięty chłopaczyna na siłę szukał sobie zajęcia, by zabić nudę. Czasu miał na tyle, by śledzić poczynania ciężko pracujących mrówek albo gonić bezdomnego kota, próbując go złapać. Przyglądać się, jak nastroszony znika za sąsiednim ogrodzeniem.
- Aaale nuuudy! – zawołał, przeciągając się i opadając na siedzenie w altance. Rozłożył ręce i wziął głęboki haust popołudniowego powietrza. Zaczął rozmyślać, co właściwie Hancock przygotuje, a także przemknęły mu przez głowę gdybania na temat tego, cóż w tej chwili może porabiać dziadek Garp lub Dadan. Oboje w końcu nie mają bladego pojęcia o wypadku na przystanku autobusowym czy dłuższej nieobecności w rodzinnym domu. Niby często zdarzało się takie kilkudniowe znikanie i obozowanie w lesie wraz z braćmi czy też wypadki charakteru napotkania dzikiego zwierzęcia w lesie i powrót ze szpecącymi siniakami i ranami, ale i tak wypadałoby poinformować o obecnej sytuacji i, żeby się nie martwili.
Te rozmyślania skończyły się drzemką, która o konkretnej godzinie została przerwana przez Boę, potrząsającą Luffy'ego za ramię, by wyrwał się z objęć snu. Powoli otworzył oczy i spróbował połapać się w sytuacji.
- Hancock..?
- Luffy, Luffy, pora już jechać – ponaglała, podnosząc ton głosu delikatnie.
On ziewnął przeciągle.
- To już ta godzina? Wybacz, chyba przysnąłem... już idę – zwlókł tyłek z altanki i poprawił czerwoną bluzkę.
Boa miała na sobie oficjalny strój w odcieniach szarości, w prawej ręce trzymała torebkę i kartonową torbę, prawdopodobnie był to prezent dla Law'a.
Srebrny mercedes połyskiwał tuż za bramą, wyczekując kierowcy i pasażera. Luffy od razu zajął miejsce z przodu, Hancock zasiadła za kierownicą i odpaliła sprzęt, a oboje zaczęli się wsłuchiwać w ciche burczenie silnika.
Po drodze jechało się bezproblemowo – bez zatrzymywania się na pasach, bez korków. Minęli może dwa sklepy spożywcze, jakiś kiosk, bloki mieszkalne...  u celu byli niecałe trzy kilometry dalej. Zatrzymali się przed niewyróżniającym się w ogóle z otoczenia, wynajmowanym mieszkaniu. Wysiedli z maszyny i Hancock szybko objaśniła Luffy'emu, że chodzi o drugie od lewej mieszkanie na pierwszym piętrze, a także streściła mu ponownie drogę powrotu i kazała na siebie uważać, by nie przydarzył mu się taki wypadek, jak wtedy z ludźmi od Smokera.
- Dzięki, Hancock! Dam radę – pocieszył ją uśmiechem od ucha do ucha, uspokajając jej nerwy. Mając jej zaufanie, przyglądał się, jak czarne opony powoli oddalają się, znikając po minucie z pola widzenia.
Luffy zebrał myśli, powtarzając w głowie jedną formułkę, by na pewno nie zachować się jak niewdzięczne dziecko.

Po kilku minutach zapukał do drzwi i niecierpliwie czekał, żeby zobaczyć twarz chirurga, z którym chciał porozmawiać... przy okazji.
Minęła minuta, może dwie, a rozległo się brzdęknięcie kluczy i dom otworzył się, ukazując wnętrze.
W drzwiach stał Law, zaciągając w dół ledwo założoną koszulkę i chowając resztę brzucha, z ręcznikiem rzuconym na głowę i wystającymi spod niego czarnymi kosmykami. Popatrzył na młodego swoim zmęczonym wzrokiem pytająco.
- D-dziękuję za pomoc po wypadku. Hancock też. Jest wdzięczna! – powiedział sztywno, kłaniając się nisko i wystawiając kartonową torbę w stronę chirurga.
A Law parsknął śmiechem.
- Z czego się śmiejesz?! – oburzył się zawstydzony Luffy, który jak tylko umiał, starał się nie wypaść dziecinnie.
- Dziękuję – powiedział, rzucając sporadyczny uśmiech, po czym wyciągnął rękę po prezent.
Kiedy już chwycił, Luffy nie chciał puścić i wlepił wzrok w jego dłoń. Law'a zdziwiła postawa młodego.
- Coś się stało?
- Ile ich masz? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Chodzi ci o tatuaże?
Luffy zwolnił uścisk i oddał papierową torbę w ręce lekarza.
- Napijemy się herbaty? – rzucił niewinny uśmiech małej dziewczynki. – Hancock tam – wskazał na torbę. - włożyła taką pyszną! Musisz jej spróbować.
W głowie Trafalgara pojawiło się wiele dziwnych myśli, nieczęsto ktoś chciał dotrzymać mu towarzystwa... i to jeszcze w nocy.
- T-to...
- Ej no, Torao! – zawiesił mu się na ramieniu i wprosił się, zwiedzając następnie korytarz.
- Oi, co ty robisz?!
- Wolisz usiąść w kuchni czy w pokoju? – rozgościł się, ignorując podirytowanie właściciela lokum.
- Czy ty słuchasz, co się do ciebie mówi?!
Choć twarz Law'a okazywała niezadowolenie i dezaprobatę dotyczącą pomysłu byłego pacjenta, w głębi duszy nie mógł zaprzeczyć, że cholernie cieszy się z tych odwiedzin i ewidentnie bardziej mu pasują, niż zwykłe podziękowanie i wręczenie torby z tajemniczą, jak dotąd, zawartością. Słomkowy był przecież tym, o kim lekarz ostatnio rozmyślał i tego właśnie wieczoru miał okazję poznać go lepiej.
- Nie będzie się o ciebie martwiła, jeśli zostaniesz dłużej? – zawołał przez korytarz do Luffy'ego, który skontrolował już Law'owi lodówkę. Na tyle dobrze znał Hancock, że nie musiał dopytywać, by samemu zgadnąć, że martwiłaby się o Luffy'ego, gdyby nie wiedziała co się z nim teraz dzieje. Z kuchni, zamiast odpowiedzi, słychać było tylko dźwięk przymykania drzwi chłodziarki. – Oi, nikt cię nie nauczył, że się nie grzebie po cudzych domach? – podszedł i stanął w progu. Widział, że Luffy stał przed urządzeniem wlepiając wzrok w podłogę.
- Mugi-
- Jak możesz martwić się o mnie, jak sam o siebie nie dbasz!
- O czym ty...
- Czułem to, kiedy zakładałeś mi bandaże... – pojawiło się wspomnienie z chwili zaraz po przebudzeniu w obcym miejscu. – Czy ty w ogóle jadasz normalnie?! – wystrzelił mu z pretensjami.
To było właśnie to, o co Luffy się tak martwił. Przecież Law nie ma nikogo, kto o niego zadba lub dopilnuje, by sam dbał o siebie. Pod tym względem jest jeszcze mniej odpowiedzialny niż Luffy, bo Luffy w pierwszej kolejności dbałby o dostatek jedzenia! Natomiast w domu u chirurga kuchnia była praktycznie pusta.
- Ja? Oczywiście, że tak! – odwrócił wzrok. – A poza tym, Mugiwara-ya, to nie twoja sprawa! Zajmij się lepiej własnym nosem!
Nie zdążył go powstrzymać, bo młodszy dopadł szybko koszulki, podnosząc ją do poziomu szyi Law'a. Zaczął się przyglądać korpusowi opiekuna, który patrzył na skupionego młodego z zażenowaną i zdenerwowaną miną. Szybko go od siebie odepchnął, broniąc się przed naruszeniem prywatności własnego ciała.
- Co ty wyczyniasz znowu?! – zganił go oburzony.
Luffy przetwarzał w głowie obraz i rozmyślał nad tatuażami i faktem, że Law jest jeszcze chudszy, niż sam on. Nie dawało mu to spokoju i chciał jakoś pomóc chirurgowi, który w tym momencie patrzył na niego z góry.

Wybiegł z kuchni i złapał leżącą na komodzie torbę, którą sam wręczył w podzięce. Postawił ją koło kuchenki gazowej i zaczął w niej grzebać. Zerknął na mierzącego go wzrokiem mężczyznę, do którego podszedł, złapał za rękę i zaprowadził do pomieszczenia naprzeciwko, karząc zająć miejsce przy stoliku i czekać. A ten oparł łokieć o blat, podbródek o dłoń i zrezygnował z próby wpłynięcia na pozwalającego sobie na samowolkę chłopaka. Zaczął rozglądać się po pokoju, który wyglądał, jakby nikt w nim nie mieszkał. Taki pusty. Zwykły. W sumie służył mu tylko do spania... większość czasu i tak spędzał w pracy i, choć znaczne kwoty wpływały na konto, nie miał co z nimi robić. Brakowało mu pasji, a taki Luffy był ciekawym urozmaiceniem w jego życiu, wprowadzał jakiś kontrast i odbierał mu możliwość kontrolowania sytuacji. Nie mógł narzekać, bo spodobała mu się taka niemoc.
Po dłuższej chwili ponurą aurę rozjaśnił swoją obecnością, stawiając na stoliku dwa kubki drogocennej herbaty, którą dorzuciła jego kobieta do podarunku.
- Dzięki... – chwycił gorące naczynie w zimne, szczupłe, wytatuowane dłonie Law i przyłożył do ust, delektując się zapachem. Luffy tymczasem wrócił jeszcze po coś do kuchni.
Postawił przed Law'em talerz z odgrzanym kawałkiem wołowiny, którą Luffy już miał okazję jeść z rana.
- Smacznego – wyszczerzył usta w szerokim uśmiechu. – Jest pyszna. Hancock zna się na rzeczy, mówię ci!
Law wziął widelec w dłoń i zaczął jeść posiłek. Luffy natomiast począł rozwijać kolorowy papier, a wewnątrz ukazało się być onigiri, które pochłonął w kilku kęsach. – Więc? Ile ich masz?
- Tyle, ile widziałeś i jeden na plecach – powiedział, od razu rozumiejąc o co młody pyta.
- Bolało, jak ci je robili?
- Nie jestem dzieckiem...
- Um, no tak.
- Tak, bolało - przyznał, bo chociaż nie lubił rozmawiać o swoich słabościach, stwierdził, że powinien być miły da Luffy'ego... w końcu nie chce go do siebie zrazić i młody także nie ma złych zamiarów, jest wręcz miły i troskliwy, choć z początku może się wydawać inaczej.
Na przytaknięcie zareagował uśmiechem.
- Wiesz, naprawdę się cieszę, że nie musiałem tam leżeć przez tyle czasu! – zaczął się uśmiechać jak dziecko, kiwając się na krzesełku.
- Dlaczego właściwie cię postrzelili?
Luffy spoważniał trochę i zagłębiwszy się we wspomnieniach zaczął spoglądać na sufit.
- Chyba dlatego, że ostatnio, kiedy mnie Hancock do siebie zaprosiła, to zlałem w barze kilku ludzi Smokera...
Law zadławił się jedzeniem.

Siedzieli tak chwilę, a lekarz dokończył posiłek.
- Dziękuję. Było pyszne – wycedził, nie podnosząc głowy i gapiąc się na swoje kolana. Nie wierzył dotąd, że jedzenie może sprawiać tyle przyjemności. Zarówno jeśli chodzi o sam smak, ale i uciechę wspomagała przyglądająca mu się osoba.
- A nie mówiłem~? – ucieszył się.
- Jak tam szwy? Wciąż bolą? – zerknął spode brwi na minę drugiego.
- Skoro już o tym wspomniałeś, to zaczęły boleć nie tak dawno... – przyłożył rękę do brzucha, patrząc na swój tors.
- Boa-ya zmieniała ci dzisiaj opatrunek?
Z miny Słomkowego wywnioskował, że wciąż ma ten wczorajszy, a przecież już dochodziła godzina dziewiąta!
- Połóż się i zdejmij koszulkę, a ja pójdę po bandaże – wskazał palcem na swoje łóżko, wstał i ruszył do łazienki, przy okazji zostawiając tam wilgotny ręcznik i poprawiając włosy, na co nie miał okazji przez ostatnie dwa czy trzy kwadranse.
Wrócił do pokoju po chwili, a jego obiekt zainteresowania już rozłożył się na pościeli, grzebiąc coś przy bandażach z jednym lekko przymkniętym okiem, prawdopodobnie przez ból, jaki odczuwały jego nerwy.

- Nie dotykaj – powiedział i zaraz poczuł na sobie jego wzrok.
Luffy leżał na plecach, podpierając się łokciami, wypinając tors z na-wpół rozwiązanymi bandażami w przód. Law podszedł do niego od boku, położył obok kilka zwojów elastycznego materiału, jakieś gazy, wodę utlenioną i resztę wchodzącą w podstawowy skład zawartości apteczki. Zaczął przyglądać się bandażom, które ponownie były w niektórych miejscach nasiąknięte krwią. Ba, przecież to oczywiste, że Luffy nie usiedzi cały dzień w jednym miejscu i, gdyby nie jego skłonność do stosunkowo szybkiego gojenia się ran, Law nigdy nie pozwoliłby mu opuścić szpitala przez najbliższe kilka dni.
- Znowu to robisz - stwierdził, ponownie opuszkami palców tańcząc po rzeźbie mięśni na brzuchu Luffy'ego.
- Ja? Robię coś? - spytał nieświadomy, lustrując oczami ruchy palców delikatnie muskających jego ciało.
- Drżysz - spojrzał na niego z powagą. Luffy patrzył w zmęczone oczy jak zahipnotyzowany.
Kącik ust Law'a uniósł się nieznacznie w górę. Położył dłoń płasko na jego brzuchu. Poczuł występującą u młodego gęsią skórkę.
- Zimno ci? – podszedł go pytaniem.
- Nie, wręcz przeciwnie – przyznał się nieświadomy sytuacji.
Kącik ust Trafalgara znowu pokazał lekkie zadowolenie, które tak naprawdę było o wiele mocniejsze, niż Luffy mógł dojrzeć.

Szwy na brzuchu zalał wodą utlenioną dla pewności, więc pacjent cały zadrżał i syknął, gdy rana zaczęła mocno szczypać i się pienić. Law nie przyznał tego głośno, ale zmienianie opatrunku u tego osobnika sprawiało mu jeszcze więcej przyjemności, niż za pierwszym razem. Z zainteresowaniem i podnieceniem oglądał każde zachowanie, jakie tamten wykazywał. Każdy szept, każde drżenie. Odwrócił lekko głowę i spojrzał na jego twarz. Coś go podkusiło, by zabić tę dziecięcą niewinność.
Podniósł się trochę, jedną ręką podparł się o łóżko, drugą musnął biodro Luffy'ego, a następnie złożył pocałunek na suchych ustach chłopaka, który gwałtownie otworzył oczy, czując obcy dotyk.
Law wyczekując jego reakcji, był gotowy na bycie odepchniętym w każdej chwili. Był gotowy na to, że tamten go znienawidzi, ale cholerna ciekawość wzięła górę. Ku zdziwieniu jednak, odepchnięty nie został, a kontakt ust tylko się nasilił.

Luffy zacisnął pięści na pościeli, a Law rozpalił swoje ciało ogniem, którego nigdy dotąd nie czuł. Zaraz przekształcił ten płomień w pieszczenie ustami zgrabnej szyi i spoglądanie kątem oka ku mocno zaczerwienionemu policzkowi zaznaczonemu charakterystyczną blizną pod okiem.
- Torao... co ty... – wyszeptał przez zaciśnięte zęby...
Przez te, wypowiedziane uległym głosem, słowa w głowie Law'a pojawił się milion możliwości na temat tego, co może mieć teraz w głowie Luffy. Nie wytrzymał, parsknął pod nosem, śmiejąc się z samego siebie. Oparł czoło o obojczyk Słomkowego i zaprzestał pieszczot.

Co ja do cholery wyprawiam?! Przecież ledwie go znam, poza tym... Co się ze mną dzieje... – zaczął się zastanawiać nad swoim postępowaniem. Choć... z drugiej strony Luffy wcale się nie opierał, całość wprowadziła zamęt do głowy Trafalgara. Podniósł głowę i zobaczył, że poszkodowany już pogrążył się we śnie, chociaż z policzków rumieniec wciąż nie znikał. Uspokoiło go to, bo nie musiał się w tej chwili ani tłumaczyć ze swojego zachowania, ani spoglądać na twarz tego, na którego właśnie wyłożył swoje, niezrozumiałe nawet dla samego siebie, emocje.

Zaczął składać myśli w całość i, aby nie zapomnieć, po prostu obwiązał Luffy'emu brzuch bandażem, czego nie zdążył zrobić przez ten gwałtowny napływ pasji sprzed chwili. Przysunął krzesło do łóżka i spoglądał na śpiącą konstrukcję. Jął się zastanawiać nad tym, jak bardzo jest zdziwiony, rozbawiony, ale przede wszystkim oczarowany niewinnością dziewiętnastolatka. Nawilżone, wąskie usta coś mamrotały pod nosem, a różane policzki wciąż wspominały coś, czego jeszcze nigdy dotąd nie czuły. Patrzył na emanującą spokojem, śpiącą twarz, jednak coś go zaniepokoiło mocno. Podważył dłonią czarne kosmyki i przyłożył dłoń do czoła Luffy'ego. Wciąż był rozpalony. Bardzo rozpalony.

***

Data: dziś, 21:38 
Od: Trafalgar Law
Temat: [brak tematu]
Mugiwara-ya ma wysoką gorączkę.
Zabiorę go do szpitala. O nic się
nie martw. Jest pod moją opieką.

***

Ciemno. Gdzie ja jestem? W lesie? Jest noc? Gdzie Torao? Hancock? Co się dzieje, co to za dźwięki? Nie chcę być sam! Jest tu ktoś?!
- Mugiwara-ya! Oi, Mugiwara-ya!
- T-Torao...? Co...
- Coś się dzieje? Duszno ci?
- Nie... już dobrze, już jest dobrze – otarł spocone czoło i wciął głęboki wdech obcego powietrza.
- Trzymaj – podał mu szklankę zimnej wody. Zabrał także termometr, którym mierzył pacjentowi temperaturę i odczytał wynik. - Gorączka trochę spadła.
- Jestem w szpitalu? – rozejrzał się po otoczeniu.
- Co pamiętasz jako ostatnie?
- Zmieniałeś mi opatrunek... chyba.
Law uśmiechnął się pod nosem i cicho przytaknął. Właśnie sobie uświadomił, że Luffy może nie pamiętać tego, co się stało potem. może zwykły pocałunek to nie rak dużo, ale dla Law'a to było bardzo wiele. A ten kretyn może nie pamiętać, że sam do odwzajemnił. O, zgrozo! Może nie pamiętać w ogóle, że on miał miejsce.
- A potem... – zaczął się jąkać.
- Tak? Pamiętasz coś potem? – gwałtownie zapytał, rozbudzony nową dawką nadziei.
- Potem pamiętam, że biegałeś po mieszkaniu i czegoś szukałeś, a za oknem usłyszałem alarm karetki – w myślach wrócił do wieczoru i odgarniał gruz przysłaniający wspomnienia lub tylko rozmazujący ich obraz.
- A więc tak... – przyznał mimowolnie.
- Coś się stało, Torao? – dopytał z nieudawanym zmartwieniem.
- Nie, nic ważnego.
Zrezygnował z opowiadania Słomkowemu o zajściu owej nocy. Nie chciał o tym mówić, mógł to źle odebrać wtedy... no i to raczej nie jest coś, co się komuś powinno przypominać.
- Odpocznij – zalecił, wstając i odwracając się w kierunku białych drzwi. Już poczynił pierwsze kroki w ich stronę, ale coś mu przeszkodziło. Palce Luffy'ego żarliwie trzymały rękaw bluzy Trafalgara, a sam Luffy wyszeptał, by Torao został z nim, bo nie chce być sam.
- Jesteś pewny, Mugiwara-ya? – odwrócił wzrok w jego stronę.
- Samotność jest okropna – wyznał mu z bólem, wciąż przed oczyma mając mrok dzisiejszego koszmaru.
- Eh... skoro tak mówisz, mogę zostać jeszcze trochę – uległ słowom, jednak w głębi serca nie był w stanie zrozumieć tego, który teraz bał się zostać bez nikogo obok. Chirurg w końcu znał samotność bardzo dobrze. Uszanował jednak jego prośbę i został z nim.
Doglądając się niepewności w zmęczonych oczach zacisnął palce jeszcze mocniej.
- Bez obaw, zostanę. Możesz już puścić moją bluzę.
Poczuł, że jego ramię robi się lżejsze, gdy ręka zaczynała wracać na swoje.

I właśnie tak Law spędził resztę dnia - dotrzymując towarzystwa, kontrolując stan zdrowia i samopoczucie, a także po prostu milcząc. W międzyczasie miał okazję podziękować Bepo za zajęcie się operacjami, które Law miał w grafiku, a także uspokoić zatroskaną Hancock. Nie przeszkadzało mu takie spędzanie czasu, w końcu nadarzyła się okazja, by mógł wypocząć od codzienności.
Luffy wraz z jego opowieściami z czasów gimnazjum urozmaicał szpitalna atmosferę, a także potrafił zaciekawić i rozbawić. Jedno było pewne - na nudną młodość to raczej nie narzekał. W gimnazjum był wręcz rozchwytywany, co trochę przyprawiło Law'a o zazdrość. Z historii dowiedział się nawet, że natrafił się Luffy'emu, o zgrozo, chłopak, który ulokował w nim swoje uczucia! Czyli jednak Law nie był pierwszy, nie licząc obfitego grona dziewcząt. Cały dzień, jak i wieczór zleciały bardzo miło, na prośbę młodego nawet chirurg, zamiast wchłaniać hektolitry kofeiny, pochwycił herbatę, do której dziewiętnastolatek przekonał go swoim urokiem osobistym. Po wielu godzinach takiego bytowania Trafalgar wyglądał na dużo bardziej wypoczętego, niż był na wstępie. Chociaż... chyba bardziej by tutaj pasowało określenie zrelaksowanego.

***

W okolicach północy samotnik podziwiał już przy zgaszonym świetle sufit we własnym pokoju. Dawno nie zagłębiał się we własnych myślach, próbując zasnąć. Wcześniej zajmował umysł sprawami przyziemnymi i nie rozpamiętywał. Po głowie łaziły mu od dawna jutrzejsze operacje czy termin spłaty czynszu za mieszkanie, tym razem zdawał się jednak bujać w obłokach. Choć jutrzejszy grafik miał napięty przez dzisiejsze folgowanie sobie, to nie truło mu to myśli. Westchnął głęboko i zlustrował wzrokiem jednolitą kołdrę, która opatulała jego szczupłe ciało.
Ten dzieciak chyba jednak miał rację... – przyznał w myślach, czując ściskający go głód. Wystawił rękę w kierunku góry i przyjrzał się wytatuowanemu na palcach napisowi DEATH.
Mugiwara-ya wydawał się zainteresowany nimi... – zaczął wspominać młodego dziecinnie wypytującego o symbole na ciele.
Ręka przetarł twarz i spiął mięśnie, po czym wywalił nogi na bok i podniósł się z łóżka. Złapał przewieszony przez krzesło szlafrok i założył go na siebie, kryjąc nagi korpus za czarnym, przyozdobionym gdzieniegdzie charakterystycznymi białym plamami, materiałem.
Półprzytomny powędrował w kierunku kuchni, gdzie zapalił światło i nalał ody do czajnika, pod którym zapalił gaz. Rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby się czegoś doszukując.
Kiedy samotność zaczęła go dręczyć?
Ten prawilny idiota pewnie teraz odsypia, marząc o pysznym kawałku mięsa... – zaśmiał się cicho pod nosem, znając jego lekkoduszność. Niespiesznie otworzył lodówkę, bez nadziei na znalezienie jakiegoś jedzenia. Ku własnemu zdziwieniu dostrzegł w środku pewną torbę, leżącą samotnie, skupiając na sobie wzrok lekarza. 

- „Podziękowanie”, ta…? – wysunął rękę w kierunku znaleziska, które wywlekł z chłodziarki i posadził na blacie kuchennym. Uchylił brzeg torby, z jego oczom ukazała się zawartość, którą ostrożnie wyciągnął. Otworzywszy otrzymane zeszłego wieczoru pudełko, gama aromatycznych zapachów z potraw połechtała mu nozdrza i poczuł, że jego głód się nasila. Żołądek domagał się skosztowania przygotowanego posiłku ułożonego w bardzo miły dla oka sposób, niczym przez znanego malarza mającego duże doświadczenie w dobieraniu kolorów i ich łączeniu. Przyglądając się dziełu, będąc niczym w transie nawet nie spostrzegł się, a czajnik zaczął gwizdać i piszczeć, co wyrwało Law’a z zachwytu. Oczywiście dopadł pokrętła przy kuchence i zaraz świst wyciszył się. Chirurg chwycił pojemnik z kawą, a przez jego głowę przeleciały dzisiejsze chwile. Uśmiechnął się sporadycznie i, odstawiwszy kofeinę, zaczął grzebać w papierowej torbie w poszukiwaniu herbaty od Hancock i Luffy’ego.
Oczywiście nie musiał wiele szukać i znalazł mały, zielony pojemniczek pełen suszonych liści i źdźbeł. Delikatny zapach po minucie rozniósł się po kuchni, a lekarz jął odgrzewać zawartość większego pudełka, która zaraz wylądowała na talerzu w pokoju.
„Mugiwara-ya zapewne już by się z tym uwinął…” – pomyślał, porównując swoją umiejętność wchłaniania żywności z tymi kolegi. Nieporównywalnie się różniły.
„Ciekawe, czy teraz śpi… A może płacze, by ktoś z nim posiedział przez całą noc… nie, raczej marne szanse. Bepo dałby mi znać od razu” – zerknął na ekran leżącej na stole komórki.

***

- Zadzwoniłam do niego wieczorem i pan Roronoa Zoro zgodził się przełożyć spotkanie – wyjaśniła, uśmiechając się delikatnie w stronę ukochanego.
- Dzięki, Hancock! – odpowiedział beztrosko, jednak z pewną wdzięcznością w głosie.
- Powiedziałam mu, że się odezwiesz, gdy wyzdrowiejesz.
- Hihihi, porozmawiam z Torao i mnie zaraz-
- Że niby co zaraz zrobię? – zmaterializował się nagle obok nich wyprany z emocji chirurg.
- O, Torao! Dobrze, że jesteś. Mógłbyś mnie już puścić do-
- Nie ma mowy – jedną ręką odchylił rąbek szpitalnej pościeli, pokazując przyległy do brzucha bandaż. – W twoim aktualnym stanie odporność musi być na wyczerpaniu i nawet, jeśli temperatura utrzyma ci się w granicach normy – kontynuował. – zgodzę się na wypisanie ciebie dopiero za 48 godzin.
Zerknął na posmutniałą twarz chłopaka, który w dziecinny sposób zaczął wierzgać nogami, krzycząc: „Ale ja chcę!”.

~*~

Młody, zgodnie z obietnicą, mógł opuścić szpitalne lokum po dwóch dniach i, choć dłużyły mu się one niezmiernie, zagadywany przez Law’a i Hancock na zmianę, zależnie od ich wolnego czasu, w końcu dotrwał obiecanego terminu.

- Wiesz, Luffy? Jesteś wspaniały… - niepewnie stwierdziła Hancock, schodząc z kamiennych szpitalnych schodów i przyglądając się szczęśliwemu chłopakowi, który ją wyprzedził już w progu.
Słomkowy wyprężył się, wydając z siebie okrzyk zadowolenia pozyskaną wolnością.
- A? Mówiłaś coś, Hancock? – rzucił w jej kierunku zdziwione spojrzenie.
- Po prostu… nie widziałam jeszcze Law’a tak cieszącego się życiem i wypoczętego, jak w ostatnich dniach… - wyznała, wspominając delikatny uśmiech na twarzy przyjaciela i okazywane przez niego emocje, czego nie miał w zwyczaju.
- A, Torao? – szybko zrozumiał kogo Boa miała na myśli. – Tak, wydawało mu się poprawić – zrobił charakterystyczny dla niego wyszczerz, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że to, o czym mówi, to jego zasługa. Wyglądał przy tym bardzo naturalnie i niewinnie. Naprawdę sprawiał wrażenie kogoś, dla kogo cenne jest czyjeś szczęście. A uśmiech Luffy’ego to ciepło w sercu Hancock.

Szpital nie był daleko, więc droga pieszo zajęła niecały kwadrans. Po przekroczeniu progu kamiennego muru Luffy napełnił płuca aromatem wielokolorowych kwiatów wypełniających ogród wokoło posesji. Zapach świeżości tak inny od smrodu szpitalnych antybiotyków. Taki przyjemny, lekko muskający nozdrza swoją wspaniałością.
Z zachwytem przyglądała się, jak jej luby cieszy się tak bardzo upragnioną wolnością.
- Luffy! – zawołała, by zwrócić jego uwagę, a gdy poczuła na sobie jego wzrok, dodała: - czekaj w kuchni przed dziewiętnastą, ja w tym czasie przygotuję kolację – zerknęła na pozłacany zegarek na nadgarstku, wskazujący kilka minut po szóstej.
- Spoko, będę! – odkrzyknął jej z odległości kilkunastu metrów i pobiegł zwiedzać kolejno wszystkie drzewa w ogrodzie i zaprzyjaźniać się z wszechobecną naturą. Kobieta w międzyczasie zajęła swoje miejsce przy kuchennym blacie, tworząc i pichcąc jakieś cuda.

Nie minęła godzina, a stół ozdobiony został przez różnorodne potrawy wchodzące w skład pożywnej kolacji.
- Luffy, co ty…
Brunet dorwał miskę pełną jakiegoś apetycznie wyglądającego jedzenia, którego zapach roznosił się po pomieszczeniu. Jednym zwinnym ruchem przeskoczył oparcie kanapy i rozsiadł się wygodnie na poduszkach, znajdując dogodną dla jego ciała pozycję. Lekko zaskoczona Boa przyglądała się zdziwiona jego zachowaniu. Wciąż najwidoczniej nie przywykła do tego, że są ludzie tak otwarcie nie poddający się jej urodzie i nie ubiegający się o spędzenie chwili dłużej w jej towarzystwie, ciesząc oczy jej widokiem i wsłuchując się w dźwięczne, delikatne słowa.
Z tego pozornego letargu wyrwała ją pewna myśl, którą szybko doprowadziła do porządku.
- Luffy!
- E? Co jest, Hancock? – odwrócił głowę w jej stronę, ukazując lekko umorusaną facjatę i niechlujnie rozwaloną grzywkę. – Coś się stało? – dopytał szybko, nie znając powodu tego nagłego wezwania.
- Idź się szybko przebierz i wytrzyj twarz – gestykulowała rękami, wskazując w stronę łazienki i machając sobie różanymi palcami przed twarzą, ponaglając i dając do zrozumienia, co ma robić. – A potem przyzwoicie usiądź przy stole, będziemy mieli gości! – przypomniała sobie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz