Przechadzałam się ulicami Tokio. Przyleciałam tutaj może godzinę temu… była wiosna. Stanęłam blisko jednego z tutejszych budynków. Spojrzałam w górę. Nie wiedziałam właściwie dlaczego tutaj nie jest tak, jak powinno być. Tutaj. W Japonii. Tyle czekałam na tę chwilę. Czegoś mi w tym wszystkim brakowało. Zerknęłam na zegarek. Wpół do drugiej. Przeglądając swój notatnik przypomniałam sobie, że następny samolot przyjedzie dopiero za cztery godziny. Na niego czekałam. Czekałam z niecierpliwością. Ponownie wzniosłam swoje zielone źrenice ku górze. Piękne różowo-białe niebo przeszywane gałęziami, a raczej kwitnąca wiśnia, której kwiaty tworzyły nad mą głową obszerny baldachim. Ten widok wcale mnie nie uspokajał. Nie na to czekałam. Znaczy się… na to, ale to było niepełne. Jeszcze tylko cztery godziny. Aż…
By nie stać, aniżeli ten kołek w miejscu, postanowiłam pozwiedzać. Otwarłam portfel i zobaczyłam masę banknotów. To wszystko na ten jeden wyjazd… Ruszyłam wpierw zastanawiając się czy jest jakiś sens samotnego poznawania historii i zabytków, niestety po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że nie ma.
Nogi mnie prowadziły w totalnym zamyśleniu. Nie było to do mnie podobne, zazwyczaj pogrążając się w myślach byłam trzeźwa… przynajmniej na pierwszy rzut oka. Teraz natomiast wyglądałam jak jakiś dziwoląg. Jeśli by patrzeć z daleka... głowa zwieszona, włosy targane przez wiatr mimo Polskiego pochodzenia uczesane tak jak to zwyczaj miały nosić Japonki. Jeansy, o zgrozo, Conversy, jakieś bransoletki, których nie zwykłam nosić. Innymi słowy - różne, dziwne rzeczy typowe dla osób z Europy Środkowej.
Ocknęłam się po jakichś piętnastu minutach. Moje uszy wyczuły przyjemny dla nich dźwięk morskich fal. Japonia znajdowała się na Archipelagu, nie zdziwiło mnie to więc. Było tutaj coś w rodzaju plaży. Co prawda nie zaludnionej, ale jednak. Niewielkie fale co chwila uderzały o brzegi, zostawiając coraz to kolejne ziarnka piachu i mułu, inne z kolei zabierając ze sobą w głąb Pacyfiku.
- Piękne… - wymamrotałam oniemiała pod nosem, po czym odwróciłam się energicznie na pięcie, czując szczypanie za uszami. Zgodnie z przewidywaniami, dwie kobiety w japonkach i ozdobnym kimono stały za mną, nieskromnie szepcząc coś do siebie. Po chwili zdałam sobie sprawę z faktu, iż nie znajduję się u siebie i ze względu na powierzchny ubiór… mogę się trochę wyróżniać od tutejszych kobiet. Przyjrzałam im się bliżej. Były naprawdę piękne. Może to dziwne, ale fascynował mnie wygląd tutejszych Pań. W ogóle bardzo dużo rzeczy kochałam w Japonii. Dlatego to właśnie tutaj chciałam się z nią spotkać. I niecierpliwie czekałam.
Nim sobie uświadomiłam pewne realia, omyłkowo się zagapiłam. Przeszło mi przez myśl, że już w pierwszym dniu zrobię z siebie pośmiewisko, więc bez wahania otrząsnęłam się i ignorując jakiekolwiek teksty na mój temat, ponownie zatraciłam wzrok w przepięknym błękicie. Owy widok był bardzo kojący i niwelował wszelkie niepewności i negatywne, możliwe wersję przebiegu zdarzeń.
Stałam tak dłuższą chwilę, co obie uświadomiłam odblokowując telefon kwadrans po czternastej. Naprawdę musiałam się zapatrzyć… Nie chcąc dalej robić z siebie tej głupiej, która wygląda, jakby pierwszy raz ocean widziała, skierowałam się w głąb lądu. A raczej miasta…
Szwendając się bez celu między budynkami podziwiałam ludzi tutaj żyjących, porównując ze zdumieniem ich ubiory i inne detale nieistotne dla wielu Polaków. Ten widok naprawdę był lubiany przez me oczęta.
Ponownie głowa ma zapomniała, gdzie się znajduje. Myśli mi krążyły wokoło lotu przed godziną szóstą… W wyniku tego niefortunnego zdarzenia nieświadomie wpadłam na jakiegoś dzieciaka. Odwracając głowę w tył, zobaczyłam dziewczynkę kilkuletnią, czekającą najprawdopodobniej właśnie na niego. Ponownie odwróciłam wzrok, tym razem przed siebie i w dół. Mały, niewinne i brązowe oczka kilkuletniego chłopca patrzyły na mnie niewinnie, jakby miał się zaraz popłakać. Przyklękłam, patrząc prosto na niego.
- Wybacz – rzuciłam z lekkim uśmiechem, głaszcząc malca po głowie, jednak ten zerkał na mnie już nie ugiętymi, świecącymi źrenicami do których napływały łzy, tylko nieświadomie i… pytająco. Nim się spostrzegłam, zobaczyłam kobietę podchodzącą do niego, patrzącą na mnie dziwnie, na co energicznie wstałam i rzuciłam, ze względu na jej mieszczański status społeczny, niski ukłon. – K-konnichiwa… - wymamrotałam niepewnie, nie wiedząc jak się zachować. Zwróciłam oczy ku chłopcowi nieświadomemu sytuacji. – S-sumimasen! – wykrzyknęłam wciąż niepewnym głosem. Myśli mi się kłębiły. Co począć? Znowu robię się na idiotkę! Argh… Nerwowo zagryzłam wargę, po czym wyminęłam malca i kobietę, przecierając rękawem spocone czoło. Jeszcze nie miałam zielonego pojęcia, jak mam się zachować.
- Koniec żartów! Nie chcę sobie zepsuć pierwszego dnia w Japonii jakimiś kretyńskimi drobnostkami uświadamiającymi mi, że to nie jest mój rodzimy kraj – postanowiłam stanowczo, rzucając te słowa w swoją stronę lub, jak to mogli widzieć inni, w stronę wiatru…
Idąc tak dłużej, w końcu dotarłam na lotnisko, to jest miejsce, dzięki któremu się tutaj znalazłam. Przysiadłam na ławce w holu, cierpliwie wysłuchując informacji o lotach puszczanych co dłuższy czas w głośnikach. Rozumiałam część z tych zdań, ponieważ od lat czternastu, to jest przez okres czterech lat, pilnie uczyłam się tego języka. Było tutaj nieco cieplej niż na dworze, gdzie wiała przyjemna, morska bryza. Ściągnęłam szary sweterek, przerzucając go przez ramię. Mą klatkę piersiową zdobiła czarna, gładka koszulka bawełniana, gdyż uznałam, że wyróżnianie się to nie do końca dobry pomysł. Do przylotu brakowało niecałe półtorej godziny, a mnie zżerała niecierpliwość. Nim sobie uświadomiłam ten fakt… me oczy spowiła mgła, a mózg wyłączył myślenie, pozwalając, bym straciła poczucie czasu i zasnęła.
- Ohayō, Simi-chan! – obudził mnie po dłuższym czasie ciepły, nieznajomy głos.
Otwarłam oczy. Ukazała im się wesoła kobieta w moim wieku. Po akcencie, który w tych słowach wystąpił, a – jak się uczyłam – w Japońskim go nie ma, mogłam bez wahania stwierdzić, że nie była stąd. W sumie… włosy, oczy… przypominały mi bardzo tą, którą widziałam na zdjęciu. Tylko na zdjęciu… nie znałam jej głosu, ale czekałam na nią. Miałyśmy się spotkać tutaj. Dziś, teraz, na tym lotnisku. W Tokyo.
- E-Emiko-kun? – zapytałam jeszcze zaspana przecierając zmęczone oczęta i stając prosto. Ta natomiast rzuciła się na mnie i przytuliła, jakbyśmy się z rok nie widziały. Prawda jest taka, że widzimy się pierwszy raz… wcześniejszy kontakt ograniczał się do wiadomości i maili. Brutalna prawda. W jej głosie było czuć ogromne podekscytowanie całą sytuacją, a twarz jej była zdobiona w szerokim uśmiechu od ucha do ucha. Nim do końca otrzeźwiałam ze snu, zaczęła mi machać przed nosem dwoma papierkami.
- „Bilet wstępu: Zamek Ōsaka”? – przeczytałam niepewnie, a raczej spytałam, tłumacząc po kolei każde słówko z kenji na rōmaji, natomiast z owego języka na język Polski. – To ten słynny „Złoty” Zamek? Jeden z zabytków? – dopytałam, będąc powierzchownie obeznana w temacie.
- Czas pozwiedzać! – poinformowała mnie z pełnym podniecenia głosem, stwierdzając przy tym, że wypadałoby się poznać bliżej, ponieważ tylko o tym spotkaniu myślała, lecąc na te wyspy. Po odrobinie prawdy… nie tylko o tym, ale głównie to zaprzątało jej głowę.
Wydawałoby się, że rozplanowała czas na cały pobyt… znała szczegóły, w czym położenie wielu miejsc, które warto zwiedzić. pilnie szukała informacji na temat Japonii w Internecie, więc ona się zajmowała przewodnictwem, natomiast ja za pomocą znajomości języka Japońskiego dopytywałam mieszkańców o różne rzeczy, których nie wiedziałyśmy. Głównie o drogę. Wyjątkowo nie wychodziłam przy nich na debilkę. Twarz jej się nie zamykała, a każde zdanie brzmiało, jakby dokładała do niego kolejną porcję emocji. Sprawiała wrażenie kogoś, kogo dokładny życiorys musiałam poznać w jak najkrótszym czasie z wszelkimi szczegółami. Nie przeszkadzało mi to. Z cierpliwością słuchałam długich wykładów, odpowiadając przy tym na padające, podstawowe pytania. Ten dzień pełen był śmiechu, zabawy i… po części spełniły się moje najskrytsze marzenia. Teraz nie czułam jakichkolwiek braków w tym miejscu, gdyż znajdowało się tutaj wszystko, czego do szczęścia potrzebowałam. Sankyu, Emiko!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz