Na wstępie się pochwalę z zakupu 26 tomu One Piece (akcja od Knock Up Stream - wzlecenia do Białego Morza, aż po początek Próby Kul). :D Niby nic wielkiego, ale to i tak jest moje małe szczęście. Zrobiłam sobie mały skok, ponieważ prócz niego posiadam tylko tomy 1-4 na własność, ale bardziej mi zależy na tych z wyższymi numerami. Chętnie je również odkupię.
Wracając do moich fantazji...
Typ: Dōjin-zasshi (ff)
Anime: One Piece
Autor: Eiichiro Oda
Gatunek: Dramat, shōnen-ai
Piring: Trafalgar Law x Monkey D. Luffy (LawLu); Roronoa Zoro x Monkey D. Luffy (ZoLu)
Czas: Wyspa Kobiet, zaraz po Marine Ford.
Czas: Wyspa Kobiet, zaraz po Marine Ford.
Uwagi dla czytelnika: czytać zalecam wyłącznie osobom nie nastawionym negatywnie do light yaoi oraz tym obeznanym w anime/mandze One Piece. Niektóre fakty z anime/mangi zostały pozmieniane.
Trafalgar Law, Kapitan Piratów Serca, opierając nogi na swoim biurku, siedział cicho, dłuższy już czas wpatrując się w pewien świstek papieru. Rozległo się pukanie do drzwi kajuty, w której siedział. Wsłuchując się w owy stukot, automatycznie udzielił pozwolenia i do pomieszczenia wszedł jeden z członków jego załogi.
- Kurs obrany, kapitanie! - zameldował posłusznie.
Słysząc te słowa Law westchnął głęboko, jakby znudzony, po czym zwlókł się z miejsca i ruszył w stronę korytarza, kierując się na dziób statku przypominającego z wyglądu łódź podwodną, którą faktyczne był.
Gdy zobaczył ich aktualny cel - miejsce, w które płynęli, otworzył szeroko oczy, w tej samej chwili naskakując na swojego nawigatora.
- Dlaczego wracamy na Wyspę Kobiet?!
- Ponieważ nasz kapitan nie wyznaczył miejsca, w które mamy się kierować - tłumaczył towarzysz, w którego rękach spoczywała nawigacja - a skoro nie wiedzieliśmy, dokąd mamy się udać, posłuchaliśmy serca kapitana - wyjaśniał. - Bo widzisz, kapitanie, cały czas wpatrywałeś się w pewien list gończy... - usłyszawszy to, Trafalgar parsknął cicho pod nosem i, robiąc zniesmaczoną minę, przyłożył dłoń do czoła, po czym odwrócił się na pięcie i ponownie udał się do swojego pokoju. Dla załogi była to oczywista odpowiedź, iż nie chce zmieniać kursu.
U celu byli niespełna dwie godziny później.
Trafalgar - kapitan swojej załogi, a zarazem lekarz - wyszedł z kajuty, by postawić stopę na wyspie i przeszukać ten ląd w poszukiwaniu "kolegi". Szczęście się do niego szeroko uśmiechnęło, ponieważ poszukiwania nie były długie. Tam, gdzie ostatnio się z nim rozstał, czyli na najbliższym wzgórzu, stał chłopak, którego Law szukał.
Odwrócony twarzą do morza, tyłem do Traf'a, wpatrywał się w bijące o skały face. Mimo wąskich ramion wyglądał już na w miarę dorosłego, lat miał siedemnaście. Spod słomianego kapelusza wystawały mu kruczoczarne kosmyki włosów, nogi miał do kolan okryte luźnymi, niebieskimi spodenkami, korpus chował za czerwoną kamizelką, natomiast na jego stopach były klapki. Pod całym odzieniem krył ogromną ilość bandaży, które zasłaniały świeżo wyrobione rany zdobyte pod Marine Ford. Całkowicie one pokrywały jego ręce, nogi, klatkę piersiową, a nawet część głowy.
- Mugiwara-ya... - odezwał się Law po chwili patrzenia się na jego plecy.
Po usłyszeniu tych słów chłopak na wzgórzu odwrócił twarz w kierunku, z którego dochodził głos.
To, co zobaczył Trafalgar wprawiło go w oszołomienie. Wyraźnie nie krył zdziwienia.
Monkey D. Luffy, czyli chłopiec stojący na szczycie wzniesienia dłuższą już chwilę miał twarz skąpaną we łzach. Minę jednak całkowicie obojętną, zupełnie jakby słona ciecz spływająca po jego policzkach była tylko znikąd wziętym dodatkiem, który kontrastował ze wszystkim innym.
- Ty... płaczesz? - przełknął ślinę, wypowiadając te słowa. Nie odwracał wzroku od przyjaciela. Zdziwiła go ta sytuacja bardzo, bowiem rzadko miał okazję spotkać do tego stopnia zasmuconego Luffy'ego.
- A, to? - przetarł ręką twarz. - To nic. Ostatnio zawsze się pojawiają, kiedy jestem sam - ponownie przejechał dłonią po powiekach. - Widzisz? Już przestały - rozszerzył usta w szerokim uśmiechu.
Tenże widok wyrył jeszcze większą dziurę w sercu kapitana łodzi podwodnej, którego przeszedł dreszcz oraz ogarnęło głęboko uśpione wcześniej współczucie. Do jego okazania nie był jednak zbytnio zdolny, czego świadom podszedł bliżej. Teraz stał z Luffy'm twarzą w twarz. Próbował dobrać słowa, jednak czuł się, jakby ktoś wepchnął mu palec w gardło i zablokował myśli. Dopiero po jakimś czasie przyglądania się sobie nawzajem się odezwał.
- J-Jako twój lekarz i opiekun nie zgadzam się, byś dalej ronił łzy - rzekł, patrząc Słomkowemu prosto w oczy. Wyciągnął rękę przed siebie i dotknął smugi na jego policzku. Tylko one zostały po tym, jak samotność chłopaka dawała mu się we znaki.
Podszedł jeszcze o krok i przyciągnął młodszego do siebie, dzięki czemu Luffy wpadł w ramiona Traf'a i został mocno objęty przez lekarza, opiekuna i przyjaciela.
- Głupi byłem, że odpłynąłem po kilku dniach. Straszne z ciebie dziecko - szeptał mu do ucha. - Powinienem cię nadzorować przez co najmniej dwa tygodnie, a nie pozwolić ci płakać w samotności. Taki mój lekarski obowiązek. To było strasznie nieodpowiedzialne z mojej strony - przyznał z lekkim bólem.
Słowa te spowodowały, że Luffy ponownie zapłakał. Tym razem jednak ze łzami współgrał donośny krzyk, którego nie było, gdy chłopiec smucił się samotnie. W tym momencie prawdopodobnie wyglądał kompletnie inaczej, niż przebywając tutaj bez jakiegokolwiek wsparcia. Tak wywnioskował Traf. Na pewno nie mógł tego stwierdzić, w końcu nie widział twarzy chłopaka w tym momencie. Była ona bowiem wtulona w klatkę piersiową Law'a. Zamiast dalej o tym rozmyślać, mocniej przyciskał chłopca do siebie i czuł wsiąkające w bluzę, ciepłe łzy.
Doszedł do wniosku, że dotrzymanie słowa było najlepszym, co mógł zrobić, by pomóc Luffy'emu. Tym razem więc nie opuścił wyspy przy pierwszej sposobności. Zdecydował pobyć na niej jeszcze kilka czy kilkanaście dni po to, by dopilnować swojego pacjenta - jak tłumaczył sobie oraz towarzyszom swoją decyzję, chociaż jego załoga bardzo dobrze wiedziała, iż ich przywódca zwyczajnie nie chce rozstawać się z młodym.
Drugiego dnia po raz kolejny, owładnięty lekarskim poczuciem obowiązku, Traf poszedł zobaczyć się z podopiecznym. Zastał go, ostatkami sił bijącego o konar drzewa. Jego wyraz twarzy przedstawiał nieporównywalny gniew, a także ból. Pięści miał mocno zaciśnięte, bandaże na nich poniszczone, przesiąknięte krwią ze zdartych o korę drzewa rąk. Uderzały coraz mocniej, coraz szybciej. Chłopak nie przerywał wykonywanej czynności - wciąż wyładowywał złość za własną słabość i niemoc i obronie tych, których nie chce stracić.
Law już się przygotowywał, by zawołać Luffy'ego, po czym podbiec, ale zdębiał, gdy zobaczył, jak chłopiec pada bezsilnie na kolana, chowając twarz w przepoconych, zakrwawionych dłoniach. Łzy zaczęły wsiąkać w ledwie trzymający się całości bandaż, a ich właściciel powtarzał, dławiąc się własnym łkaniem.
- Nie mogłem go uratować... nie mogłem go uratować... nie mogłem go uratować...
Traf'a po raz kolejny chwyciło to za serce i nie pozwoliło stać bezczynnie. Podszedł do niego i usiadł bardzo blisko. Złapał Luffy'ego za dłoń i przyciągnął ją do siebie. Uważnie, zarazem ostrożnie zaczął ściągać z niej zniszczony opatrunek. Z równą delikatnością potem przemywał i odkażał kończynę, by następnie owinąć ją nowym bandażem. Wszystko to robił tak starannie i ostrożnie, że to można uznać za dziwne. Luffy natomiast w tym czasie jednym okiem spoglądał na zieloną trawę, a drugie miał przysłonięte przez wolną rękę wciąż ocierającą policzek.
- Nie trzyj tyle, bo podrażnisz! - rozkazał Traf, mocniej klepiąc go w dłoń w celu odepchnięcia jej od twarzy. Młody na to niechętnie przystał. Siedział, dla odmiany, cicho i spokojnie. Wykazał się nietypową w jego przypadku cierpliwością podczas wyjątkowo delikatnej zmiany bandaży i plastrów.
- Ne, Torao... jak długo zostaniecie na wyspie?
Odpowiedź na to pytanie Law pominął milczeniem, samemu zastanawiając się nad nią.
Następnego dnia Traf odsypiał do południa, ponieważ w nocy pilnował Słomkowego, aż ten dobrze nie zaśnie. Młody natomiast za dnia nie mógł biegać i szaleć. Nie zużywał więc tak wiele energii, ile zużywał, będąc zdrowym. Z tego powodu obudził się, gdy słońce wchodziło dopiero na widnokrąg. O tej porze i kobiety z wyspy, i załoga statku Law'a byli jeszcze w trakcie mocnego snu. Nie miał towarzysza do współdzielenia czasu, którego ewidentnie było mu pod dostatkiem.
Zaczął główkować więc, a twarz dobrze mu od myślenia poczerwieniała, kiedy przypomniał sobie, że ktoś coś kiedyś wspomniał o niedźwiedziu polarnym w załodze Piratów Serca. Słomkowy był chłopakiem z tendencją do mocnego ekscytowania się wszelkimi niecodziennymi zjawiskami, więc i zwierzę w załodze go zainteresowało. Na własną rękę oczywiście postanowił go poszukać.
Nie pytając kapitana okrętu, wdarł się do niego, choć trafniejszym określeniem byłoby powiedzieć, że wszedł głównymi drzwiami, jak gdyby nigdy nic. Szukając odpowiedniej kajuty trafiał do najprzeróżniejszych pomieszczeń, jednak miejsca te nie wzbudzały w nim zainteresowania. A było ich tyle, że wydawałoby się nierealne, iż zmieściły się w takim małym stateczku.
Błądził tak po korytarzach, które wydawały się nie mieć końca. W końcu trafił do jakiegoś małego zaułka. Dalszą drogę blokowała mu ściana, po bokach była podobna sytuacja, a od strony pleców miejsce, w którym już był.
Czuł się w sytuacji bez wyjścia.
Do tego było ciemno.
I cicho.
Bardzo cicho.
Zbyt cicho.
Znowuż ogarnęło go poczucie kompletnej bezsilności.
Oraz samotności.
Przez głowę przeleciały mu niezapomniane wspomnienia z Impel Down oraz Marine Ford.
Pamięć o tym.
To było dla niego stanowczo za wiele.
W jednym momencie rozejrzał się dookoła.
Był sam.
W ciemnym korytarzu.
Otoczony wspomnieniami.
Dostał dreszczy.
Zapomniał, jak oddychać.
Poczuł, że kręci mu się w głowie.
Dotknął go silny ból.
Zemdlał.
Luffy obudziwszy się, poczuł to przytłaczające uczucie świadczące o tym, iż godzina jest bardzo, bardzo późna. Nie mógł tego poznać, wyglądając za okno, bo w pomieszczeniu, w którym wylądował, ich zwyczajnie nie było. Ogólnie to miejsce wydawało się być malutkie, ale jednak bardzo przytulne, choć skromne. Spoglądając na lewo ujrzał swój kapelusz, po który odruchowo wyciągnął słoń, chcąc go włożyć na głowę. Nie zrobił tego jednak, ponieważ odwrócił twarz w drugą stronę i jego oczom ukazała się granatowa bluza, a raczej plecy pod nią skryte.
Teraz skierował twarz centralnie przed siebie. Tym razem dopatrzył się położonej na rękach głowy Trafalgara.
- Torao... - wyszeptał, przyglądając się zmęczonej posturze.
Ręce zaś Law'a złożone na krzyż i naciskające lekko na miednicę oraz brzuch Luffy'ego, aczkolwiek jego gumowe ciało nie czuło przez to dyskomfortu. Prawdopodobnie i najpewniej wyczekiwał, aż Słomiany się obudzi, jednak złożył go sen...
Gumiak postanowił cicho wyślizgnąć się z pomieszczenia, choć bał się, że ponownie skończy w ciemnym korytarzu. Pragnienie wyjścia było jednak zbyt mocne i to ono wzięło górę.
Chwycił kapelusz i przykrył nim czarne kosmyki, a przedmiot ten dodawał mu pewności siebie. Ignorując lekką obawę, wyjrzał zza drzwi, za którymi umieszczony był krótki korytarz zakończony następnymi, w które ciekawski oczywiście zajrzał.
Pokój był jeszcze mniejszy, niż ten, w którym aktualnie śpi kapitan statku. Zagospodarowany został w ten sposób, by wszystko było dosłownie na wyciągnięcie ręki. Wiele szafek znajdowało się dookoła obszernego łóżka, a w nich posegregowane różnych typów lekarstwa i środki. Stał tak w drzwiach i przyglądał się temu wszystkiemu, najwięcej uwagi poświęcając bardzo zaawansowanej aparaturze poprzypinanej w okolicach łóżka. Dziwne maszyny, choć nie znał zasad ich działania i nie wiedział do czego służą, wcale nie były mu obce. Takie odniósł wrażenie. Te wspomnienia były bowiem bardziej zamglone, aniżeli każde inne.
Zrobił kilka kroków w stronę jednej z gablot i dotknął jej szybki. W środku, jakby pedantycznie, poukładane dojrzał narzędzia chirurgiczne. Odwrócił się w stronę łóżka i położył opuszki palców na masce tlenowej...
I kontynuowałby poznawanie dalej, ale odwrócił się jak oparzony, kiedy ciszę zmącił znajomy głos dochodzący od strony drzwi.
- Co ty wyczyniasz - przerwał milczenie Law - Mugiwara-ya?
Luffy zabrał napiętą dłoń z maski tlenowej i rozluźnił rękę wzdłuż ciała.
- J-ja-
- Dość! - przerwał mu, nie mając ochoty na słuchanie jakichkolwiek wyjaśnień. Poszedł bliżej i stanął za Luffy'm.
- T-Torao... ale t-ty spałeś...
- Myślisz, że przez kogo? Kto mnie zmusił do wielogodzinnego wyczekiwania? - położył jedną rękę na klatce piersiowej Słomkowego, w okolicy obojczyków, drugą zaś wsunął mu lekko pod kamizelkę, chcąc zyskać dostęp do jego brzucha. Następnie przyciągnął i docisnął do siebie całą zaskoczoną, zabandażowaną konstrukcję. Gdyby mógł, prawdopodobnie tu i teraz dobrałby się do ciała Luffy'ego, ale jako lekarz nie mógł mu tego zrobić nawet znając jego nadludzką wytrzymałość fizyczną, psychicznie i tak już ledwie stał w pionie. Zbrukałby jego mentalność jeszcze bardziej. Nie mógł tego zrobić tak cennemu podopiecznemu.
Zamiast posuwać się dalej, położył usta na jego szyi, a dłoń z brzucha niechętnie zabrał, ażeby wsunąć ją Luffy'emu pod czarne, rozwiane kosmyki opadające znad czoła.
- Masz gorączkę - stwierdził chłodnym już głosem, kiedy czoło Luffy'ego okazało się mocno grzać w rękę lekarza.
Po tych słowach odwrócił chłopca w swoją stronę, a gdy zobaczył jego mocno zarumienioną twarz, Law przełknął ślinę i poczuł przyjemny ból w brzuchu współgrający z podnieceniem.
Powstrzymał jednak niemoralne myśli, złapał Słomkowego za rękę, prowadząc do pokoju, z którego przyszli.
Chwilę zajęło i dotarli do pomieszczenia. Pchnął lekko Luffy'ego, nakazując mu, by ten kładł się i spał, na co Monkey D. jednak tylko podszedł ponownie do Trafalgara, kciuk kierując w stronę jego policzka.
- Co ty... - zaczął zdziwiony, widząc zbliżającą się dłoń, która delikatnie musnęła go pod okiem.
- Kładź się! - rozkazał oburzony Luffy, palcem wskazującym drugiej ręki gwałtownie wskazując na łóżko, na co Traf ciężko westchnął i spytał:
- Co masz na myśli, Mugiwara-ya?
- Po twoich oczach widać, że jesteś niewyspany - stwierdził, co bardzo zaskoczyło Law'a.
- Nie wiedziałem, że jesteś taki spostrzegaw-
- Kładź się! - przerwał mu, ponawiając rozkaz.
Kiedy nie otrzymał odpowiedzi, popatrzył na Traf'a rozgniewany. Złapał go za bluzę i cisnął lekko na rozłożoną na łóżku pościel, po czym przyłożył mu twarz do poduszki.
- A-ale Mugiwara-ya! - protestował. - T-ty wcześniej spałeś na tym łóżku!
- Ah, wybacz mi to - zaśmiał się pod nosem, a następnie chwycił za poduszkę i przycisnął nią delikatnie głowę przyjaciela, by ten był odgrodzony od wszelkiego światła i dźwięków.
- Nie wiem, czy tak bardzo byłem niewyspany, czy to ten zapach działa na mnie jak środek nasenny. Bardzo przyjemny. Kojący. Mój ulubiony. Pachnie Luffy'm.
~*~
Błękitne niebo zalane promieniami letniego słońca rozciągało się bezkreśnie. Sunny sunęła po kolejnych falach, lekko skacząc - to w górę, to w dół. I to wyobrażenie, że kapitan trzymał się swojej odwiecznej miejscówki, uśmiechnięty patrząc przed siebie. Miejsce, gdzie ocean zlewa się z niebem - widok, który go nigdy nie znudzi. Marzenie, że czarne kosmyki unosiły się i opadały zsynchronizowane z ruchami statku.
Jedyne, czego szermierz teraz pragnął, to znów połączyć się z kapitanem po dniach rozłąki. O główny maszt leżał oparty i zmagał się ze swoimi pragnieniami. Wyimaginowana, beztrosko falująca grzywka Luffy'ego mimowolnie przyciągała na myśl Zoro bardzo niemoralne wyobrażenia. O relacji, która nie powinna łączyć kapitana i podwładnego. O czymś wykraczającym poza to, przełamującym pewne granice.
Wyimaginowany obraz przedstawiał chłopaka siedzącego »wygodnie« na udach szermierza, poruszając się tak, jak teraz - przesiadując na figurze dziobowej.
Wizja trwała dobre kilka minut i rozpaliła ciało zastępcy kapitana, który myślał o gumiaku jako obiekcie pożądania. Wyobrażeń miał tak wiele, że zaczął sam siebie przeklinać w myślach za to, co by zrobił swojemu nakama, gdyby tylko mógł. Ewidentnie nie było to nic przyzwoitego...
- Hahaha, coś tak zburaczał, Gówniany Glonie?! - wybuchnął śmiechem Sanji, widząc spąsowiałą twarz odwiecznie znienawidzonego towarzysza.
- Zamknij gębę! - warknął ozięble, nie chcąc słuchać bełkotania Brewki.
Cóż, ten głupi kucharzyk przynajmniej powstrzymał naruszanie intymności kapitana statku.
Sanji natomiast swoją irytację uczynił słyszalną dla wszystkich wokoło.
- Coś ty powie-
- Załogo! Widzę wyspę! - przerwała mu rudowłosa nawigatorka, informując wszystkich, że są już u celu i spotkanie z kapitanem prawdopodobnie nastąpi już bardzo niedługo.
- Haaaai, Nami-swaaan~~ Zaraz przygotuję dla każdego bentou! - krzyknął wyraźnie napalony słowami seksownej towarzyszki.
- Idiota - zaburczał pod nosem zielonowłosy.
- Mówiłeś coś? - popatrzył groźnie.
- Powiedziałem, że jesteś idiotą.
~*~
Błękitne niebo zalane promieniami letniego słońca rozciągało się bezkreśnie. Sunny sunęła po kolejnych falach, lekko skacząc - to w górę, to w dół. I to wyobrażenie, że kapitan trzymał się swojej odwiecznej miejscówki, uśmiechnięty patrząc przed siebie. Miejsce, gdzie ocean zlewa się z niebem - widok, który go nigdy nie znudzi. Marzenie, że czarne kosmyki unosiły się i opadały zsynchronizowane z ruchami statku.
Jedyne, czego szermierz teraz pragnął, to znów połączyć się z kapitanem po dniach rozłąki. O główny maszt leżał oparty i zmagał się ze swoimi pragnieniami. Wyimaginowana, beztrosko falująca grzywka Luffy'ego mimowolnie przyciągała na myśl Zoro bardzo niemoralne wyobrażenia. O relacji, która nie powinna łączyć kapitana i podwładnego. O czymś wykraczającym poza to, przełamującym pewne granice.
Wyimaginowany obraz przedstawiał chłopaka siedzącego »wygodnie« na udach szermierza, poruszając się tak, jak teraz - przesiadując na figurze dziobowej.
Wizja trwała dobre kilka minut i rozpaliła ciało zastępcy kapitana, który myślał o gumiaku jako obiekcie pożądania. Wyobrażeń miał tak wiele, że zaczął sam siebie przeklinać w myślach za to, co by zrobił swojemu nakama, gdyby tylko mógł. Ewidentnie nie było to nic przyzwoitego...
- Hahaha, coś tak zburaczał, Gówniany Glonie?! - wybuchnął śmiechem Sanji, widząc spąsowiałą twarz odwiecznie znienawidzonego towarzysza.
- Zamknij gębę! - warknął ozięble, nie chcąc słuchać bełkotania Brewki.
Cóż, ten głupi kucharzyk przynajmniej powstrzymał naruszanie intymności kapitana statku.
Sanji natomiast swoją irytację uczynił słyszalną dla wszystkich wokoło.
- Coś ty powie-
- Załogo! Widzę wyspę! - przerwała mu rudowłosa nawigatorka, informując wszystkich, że są już u celu i spotkanie z kapitanem prawdopodobnie nastąpi już bardzo niedługo.
- Haaaai, Nami-swaaan~~ Zaraz przygotuję dla każdego bentou! - krzyknął wyraźnie napalony słowami seksownej towarzyszki.
- Idiota - zaburczał pod nosem zielonowłosy.
- Mówiłeś coś? - popatrzył groźnie.
- Powiedziałem, że jesteś idiotą.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz